Posts Tagged ‘Lewandowski’

O powiązaniach Jacka oraz o nowym zastosowaniu Qfantowych smyczy.

11/27/2009

– Jacku – zaczął naczelny, przyglądając się zwłokom rozkładającym się powoli na książkach przeznaczonych na nagrody w świątecznej karuzeli. – Po pierwsze, i tak zbyt narażamy Baśkę. W przyszłości może będzie chciała sobie przebudować tę piwniczkę. Wyobraźcie sobie jej zaskoczenie, gdy odnajdzie trzy szkielety zabetonowane w podłodze.

– Przypominam, że ja byłem przeciwny – zaczął Tomek. – Powinniśmy ją zapytać o zdanie, zanim władowaliśmy jej do nowo budowanej rezydencji dodatkowych lokatorów.

– Jasne, ale sam jej tę podłogę zalewałeś betonem i to z entuzjazmem, o ile pamiętam – wtrąciła Zuzanna.

– Naczelny mnie straszył, że powie siostrze o ekscesach z gali Horyzontów Wyobraźni.

– Jakbyś nie podpuścił szwagra Egipcjanina, by krzyczał do tych skinów „Legia dziady!”, to by mu nie rozwalili głowy butelką i nie zaczęli kopać. – Zuzanna nie ustępowała.

– Ciesz się, że miałem gnata – dodał Jacek. – Bo byś przywiózł go do domu w drewnianej skrzynce.

– Oficjalna wersja brzmi: zaatakowali go z pobudek rasistowskich i jej się trzymam – powiedział Tomek.

Naczelny włożył głowę w dłonie i zaczął liczyć. Teoretycznie do dziesięciu, ale w praktyce okazało się to niewystarczające.

– Wiecie co, może po prostu niech tam leży, a my pogadajmy o trzeciej części wywiadu z Konradem T. Lewandowskim. – zaproponował, gdy doszedł do stu. – A nóż, widelec sama zniknie?

– Świetny pomysł – zgodzili się chórem. Wywiad miał się ukazać w piątek i był diabelnie ostry. Pisarz jechał po większości autorów ze sceny fantastycznej, nie przebierając w słowach.

Jarek, jeden z najmłodszych redaktorów, który był zbyt zaszokowany, by coś powiedzieć, już nawet zamykał drzwi od składzika, gdy naczelny wrzasnął:

– To był sarkazm, do jasnej cholery. Co jest z wami ludzie? Trzeba ją stąd usunąć i to migiem. Bo jak, nie daj Zeusie, gdzieś przecieka, to nam zapaćka nagrody juchą. Nie po to się męczyliśmy cały miesiąc, by pięćdziesiąt książek pachniało rzeźnią.

– A ty skąd wiesz, że ona przecieka? – zapytał Jacek.

– Skończ z teoriami spiskowymi, bo mnie krew zaleje. Zwolniłem ją, nie pamiętasz? Po jaką cholerę miałbym ją jeszcze zabijać?

– Przy pozostałych ciałach też tak szef mówił. – Jarek nieco zbladł. Pomimo, że świadkował przy odkryciu trzech poprzednich denatów, nadal nie mógł się przyzwyczaić.

– Faux, ty lepiej podumaj co zrobić, a nie się wymądrzaj – odparł naczelny, kucając przy zwłokach. Podnosił bezwładne członki byłej koleżanki, przeczesywał włosy; chyba faktycznie chciał sprawdzić, czy gdzieś nie przecieka albo tylko tak udawał?

– Wiecie co, przenieśmy ją do łazienki, potnijmy na kawałki i wyślijmy paczkami w świat, tak jak w opowiadaniu Piotra – zaproponowała Zuzanna. – Niech się poczta martwi. Zgubili nam czterdzieści zaproszeń na galę, więc może zgubią i trupa.

Tomek zaczął kręcić głową i stwierdził:

– Myślicie, że to takie proste? Człowiek ma około pięć litrów krwi, no, ona może nieco więcej. Całą łazienkę upieprzycie. Ja tego nie będę sprzątał.

– Widzieliście Sin City? – Naczelny upewniwszy się, że książki są bezpieczne, wstał. –  Tam Marv jednemu kolowi powiązał ręce i nogi gumkami, a potem mu je uciachał piłką do metalu.

– Pomysł dobry – stwierdził Jacek. – Ale nie mamy ani piłki do metalu, ani gumek do wiązania.

– Mamy smycze – wtrącił Jarek. – Wiecie, te z logo Qfantu, może nimi powiązać trupa. I tak mamy ich dużo.

– Brawo, Faux!  – zawołał Piotr – Zginęlibyśmy bez ciebie. Lecę po piłę do żelaznego, a wy przenieście nasz duży kłopot do łazienki.

Naczelny ruszył w stronę drzwi, ale do nich nie dotarł, gdyż na jego drodze stanął Jacek. Dmuchnął mu w nos dymem i zapytał:

– Czy ty aby nie jesteś za sprytny?

– Spokojnie, nie zakapuje was do glin, przecież jedziemy na jednym wózku.

– Wiesz, to nie o to chodzi. Czy ty tu widzisz gdzieś Pudzianowskiego? Mamy sami przetaszczyć bezwładne, na oko studwudziestokilowe ciało przez piętnaście metrów? Tyle się chwalisz, jak to trenowałeś kulturystkę, to teraz się wykaż, a ja polecę po piłę. – To mówiąc, odwrócił się na piecie i wyszedł z redakcji, nie czekając na głosy sprzeciwu.

– Wiecie co? Po prostu pociągniemy ją za nogi do łazienki. Ja mam chory kręgosłup i nie zamierzam na wózku inwalidzkim skończyć. – oświadczył naczelny, gdy umilkły kroki Jacka.

– Dlaczego? – zaoponowała Zuzanna – To by był niezły chwyt marketingowy, niepełnosprawny naczelny, wszędzie by cię zapraszali, byłbyś zauważalny.

Chciała coś jeszcze dodać, ale Piotra nie bez kozery nazywano Ojcem Mrok. Wystarczyło jedno spojrzenie i koleżance odechciało się snuć wizji reklamy.

Na szczęście denatka nie przeciekała, więc bez zostawiania trudnych do wywabienia plam, dotransportowali ją wspólnym wysiłkiem na środek redakcji. Właśnie robili sobie krótką przerwę, gdy zabrzmiał dzwonek do drzwi.

– O matko – jęknęła Zuzanna. – Jack nas zakapował na gliny, a to szuja.

Skrzypnęło okno. To Faux zdecydował się na desperacką próbę ucieczki.

– Jarek, wyluzuj, to drugie piętro, chcesz się zabić? – zapytał Tomek, siłą ściągając go z parapetu.

– Nie chcę wylądować w poprawczaku, zresztą nie dożyje tego, bo matka mnie wcześniej zabije. Chciałem być tylko redaktorem, a trafiłem do grupy przestępczej. Jesteście degeneratami! – wrzeszczał Jarosław, usiłując się wyswobodzić z uścisku Tomasza.

– Cisza, bez paniki – powiedział Piotr –  Nie sądzę, żeby Jacek nas wsypał. Za dużo wiemy. Jak choćby o tym krytyku, który zjechał „Był sobie złodziej”.

– Ta, biedak stoi gdzieś sobie na dnie Wisły z betonową podstawką na stopach. – Zaśmiała się Zuzanna. – Ale należało mu się. Jak się nie znał na literaturze, to powinien się zająć wyrobem wafli.

Dzwonek darł się nadal uparcie i metodycznie.

– Albo ten szesnastolatek, co mu się przywalał do córki. – Faux się zaczerwienił. – Dobrze, że mnie uprzedził, bo sam miałem ochotę się z nią zaprzyjaźnić.

– To był przecież wypadek? – zapytał Tomasz, puszczając Jarka, gdyż ten przestał się szamotać.

– Jasne, sam nadział się przypadkowo na statuetkę kreatora, którego Jacek dostał za zwycięstwo w konkursie kryminalnym – odparł naczelny. – A swoją drogą, to do dziś nie wiem, jakim cudem nie było sprawy. Mam wrażenie, że Jacek ma większe układy niż się domyślamy.

– Masz rację Piotrze – przytaknęła Zuzanna. –  Pamiętacie tego grubasa, co nam go Jacek naraił, chciał sponsorować numer. Dawał sto tysięcy żywą gotówką. Znikł nagle. Nie chciałam wam o tym mówić, ale policja go złapała, było o tym w wiadomościach, ponoć to jakiś konsilieri mafii. Biedaczek powiesił się w areszcie i nie doszli dla kogo pracował.

– Po prostu nie otwierajmy, może sobie pójdzie – zawyrokował naczelny, przerywając te ciekawe, acz  nie rozwiązujące ich problemu dywagacje.

Jednak nim redaktorzy Qfantu zdążyli zaakceptować ten genialny plan, skrzypnęła klamka i masywne drzwi od redakcji otworzyły się.

Stał w nich roześmiany Stefan Darda, przyjaciel kwartalnika i niezwykle uzdolniony debiutant, którego pierwsza książka „Dom na wyrębach” rozeszła się wielotysięcznym nakładzie, a niedawno wypuszczono drugie wydanie.

– Witajcie kochani – zawołał od progu. Zobaczył, nad czym jego kochani się pochylali i dodał – Co ona tu robi, przecież ją wywaliliście. I dlaczego leży na podłodze?

Reklamy