Tymczasem… nieco później – Czyli naczelny stawia ultimatum, klasyk powoduje histerię, a Orlicz staje w obronie szwagra.

by

Szum zgromadzonych na widowni wielkiej auli zamilkł, gdy na środek tonącej w półmroku sceny wpłynął wychudzony, starszy mężczyzna w purpurowym płaszczu. Zawisł metr nad podłogą i uniósł obie dłonie w geście pozdrowienia. Jego krzaczaste brwi zakrywające połowę czoła spowodowały, że wśród publiczności wybuchła fala chichotu. Mężczyzna speszył się i gniewnym wzrokiem spojrzał na niewysoką, ubraną w niebieski żakiet blondynkę, która praktycznie znikąd pojawiła się tuż obok niego. Pochylił się nad nią. Przez chwile wymieniali szeptem uwagi. Gdy pokręcił głową z niezadowoleniem, dziewczyna znikła, pękając jak bańka mydlana. Po chwili wampirze brwi stały się także przeszłością, a zastąpiły je małe, cienkie, jak gdyby namalowane kredką.

– Witam zgromadzonych w podwojach Uniwersytetu im. Stanisława Lema, nazywam się Mateusz Makowiecki i piastuję stanowisko rektora tego przybytku nauki  – rozpoczął, przecierając, jak gdyby dla pewności, czoło dłonią. – Przepraszam za ten mały incydent, ale zostałem wprowadzony w błąd. Sprawa, która nas tu dziś zebrała, jest oczywiście wielkiej wagi i nie było moją intencją robić głupie żarty.

– Przestań truć – dobiegł głos z widowni.

Mężczyzna w purpurze uśmiechnął się niezdarnie.

– By nie przedłużać, oto oni. Brawa.

Ściana za plecami mężczyzny pękła z trzaskiem i w lśniącej wyrwie pojawiły się sylwetki kilkorga ludzi.

Na przedzie podążał mężczyzna w garniturze w paski. Dzierżył w dłoni czarną aktówkę, z której wystawała drewniana rączka parasola. Obok niego szedł elegancki gentleman z wąsikiem. Uśmiechał się nerwowo, omiatając wzrokiem wiwatującą publiczność. Idący nieco z tyłu wysoki blondyn o ostrych rysach twarzy, rozbawiony całym zdarzeniem, nieustannie szturchał w ramię towarzyszącego mu mężczyznę o ciemnej karnacji, który jednak nie podzielał jego entuzjazmu i w zakłopotaniu poprawiał co chwile druciane okulary.

– Piotr Michalik. – Głos prowadzącego przebił się przez tumult. Mężczyzna z teczką pomachał dłonią. – Znany, przez jednych lubiany, przez innych nienawidzony, autor obrazoburczych książek, podejrzewany o kilkanaście zabójstw, wymuszenia i terroryzm literacki, ale z braku dowodów sprawy umorzono. – Buczenie sali mieszało się z oklaskami. Naczelny zaczął strzelać z palców w kierunku publiki, rzucając socjopatyczne spojrzenia.

– Jacek Skowroński. – Dalsza część zapowiedzi utonęła we wrzawie, która eksplodowała niczym histeria podczas koncertu Beatlesów. Na scenę pofrunęła nawet jakaś cześć ubrania ze sznurkami. Skowroński zarumienił się i skinął lekko głową. Euforia widowni przygasła po pięciu minutach i dopiero wtedy prowadzący mógł kontynuować.

– Tomasz Orlicz, pisarz, publicysta, ostre pióro, tęga głowa, który swoimi odkryciami zadziwił świat nauki.

Omawiany mężczyzna roześmiał się serdecznie.

– Tomku, a twojego towarzysza nie znam – rzekł prowadzący.

– Szwagier – rzucił Orlicz.

– Był w waszej redakcji? – kontynuował mężczyzna w purpurze.

– Nie.

– To co on tutaj robi, proszę go zabrać szybciorem. Matko jedyna dziesięć lat zmarnowane na jakiegoś patafiana.

– Dajcie pan spokój, on nie będzie przeszkadzał – oponował Orlicz, obejmując mulata ramieniem. – Zresztą on nic nie rozumie po polsku, to Egipcjanin. Siostra mnie zabije, jak się zgubi.

Mężczyzna w purpurze machnął dłonią z rezygnacją.

– Oto Qfant, są tu z nami.

Sala znów oszalała zgiełkiem. W międzyczasie na scenie pojawił się mały stolik z filiżankami herbaty oraz wielkie skórzane fotele. Cała czwórka zasiadła w nich, nawet latający prowadzący wylądował na jednym, pomiędzy Skowrońskim a Michalikiem.

– Ojcze Mrok, bo tak cię nazywali redakcyjni koledzy, jak narodził się pomysł, by zrobić gazetę literacką? – zapytał Makowiecki.

– Po pierwsze, chcę powiedzieć, że protestuję przeciw traktowaniu nas jak rybek akwariowych. Nie wiem jak się tu znalazłem, to porwanie. Nie uważa pan, panie rektorze, że powinniście nas pozostawić w spokoju.

– Ależ nikt was z grobów nie wyciągał – odparł mężczyzna. – Pozwoliliśmy sobie zrobić małe symulacje komputerowe na podstawie zdjęć, filmów, biografii i domysłów.

–  Sam pan jest symulacja! – wysyczał Naczelny.

– Ja jestem wirtualizacją, ale może przestańmy się kłócić o słowa,  bo miliardy ludzi w całej galaktyce chciałoby się dowiedzieć, jak powstawała legenda, QFANT.

– Wiesz, Piotrek – wtrącił Skowroński. – On chyba mówi prawdę, bo mam w głowie obrazy, na których jesteśmy o wiele starsi niż obecnie.

– A co z tego będziemy mieli, panie rektorze? – zapytał Orlicz. – Bo jeśli mówicie prawdę, to równie łatwo skasujecie, co stworzyliście, a ta perspektywa bardzo mi nie pasuje.

Rektor wiercił się w fotelu, jakby coś go oblazło.

– Panowie…

– Tylko bez „panowie”, bo nie lubię komunałów. To jak będzie? – Naczelny pochylił się ku Makowieckiemu i zrobił pytającą minę.

– Miliony patrzą. – Rektor wpadał w panikę.

– A niech patrzą i się uczą, jak traktujecie ludzi  – dolał oliwy do ognia Skowroński.

– Reklamy! – krzyknął rektor i widownia natychmiast opustoszała.

– Posłuchajcie, gagatki, błaźnię się przez was. Mogę was skasować tu i teraz.

– To sobie kasuj. – Michalik rozparł się na fotelu i splótł dłonie za głową. – Tylko coś podejrzewam, że to będzie większy problem, bo miliony niezadowolonych widzów to nie w kij dmuchał.

– A który mamy tak w ogóle rok? – zapytał Tomasz.

– Czy moglibyśmy ich zresetować? – zawołał rektor, kierując to pytanie w sufit.

Blondynka znów wykwitła obok jego boku, tyle że tym razem miała na sobie ogniście czerwoną suknię.

– Technicznie tak, ale nie ma gwarancji, że po restarcie nie zachowają się identycznie.

– To może jakąś modyfikacja osobowości? – drążył rektor.

Kobieta pokręciła głową.

– Dziesięć lat generowali te symulacje. Osobowość jest jak budowla z kostek domina, może się posypać, gdy wyciągniemy zbyt ważną cześć. A wtedy nie tylko będą się targowali, ale mogą przykładowo cofać się w rozwoju i zażądać pieluch.

– Sam pan widzi, że musimy się dogadać – zaczął Skowroński.

– Ach, jestem pana fanką. – Dziewczyna doskoczyła do Jacka. –  Przeczytałam wszystkie sześćdziesiąt kryminałów. Mój ulubiony to „Był sobie złodziej”. Koleżanki śmieją się, że czytam starocie.

– Pani Anno – zagrzmiał rektor. – To tylko syma, na litość. Prawdziwy Skowroński to prochy w mauzoleum zasłużonych.

– Starocie, klasyk – mruczał pod nosem Jacek.

– Reklamy się kończą – oświadczyła Anna. – Chyba musimy się z nimi dogadać.

– Wiem, wiem. – Rektor złapał się za głowę. – Kurde bele, przełomowy eksperyment, to będzie hit, kasa popłynie strumieniami. Że też nie mogliśmy zacząć od Presleya… Jakie są wasze żądania? – wysapał zrezygnowanym głosem.

Naczelny pochylił się ku Skowrońskiemu i szepnął mu coś do ucha. Jacek podobnie  zrobił z Tomkiem. Cała trójka zgodnie pokiwała głowami.

– Po pierwsze, chcemy odzyskać naszych kolegów redakcyjnych oraz jakąś elementarną cześć rodziny.

– Oszaleliście, zupełnie wam odbiło! Dziesięć lat męczyliśmy się z waszą czwórką, a wy mi tu pieprzycie, że mam przekonać komisję budżetową na wydanie kolejnych miliardów euro na dalsze symy.

– Wiec umówmy się, że to my zapłacimy. – Jacek rozparł się na fotelu i dyndał nogą założoną na nogę.

– A macie jakieś pieniądze?

– Drogi Rektorze; zarobimy. – Naczelny położył dłoń na ramieniu rektora. – I to jest druga cześć umowy. Chcemy reaktywować Quanta, robić kolejne edycje Horyzontów wyobraźni, konkursy książkowe, no i oczywiście wydawać kwartalnik.

Mężczyzna w purpurze i kobieta w czerwieni wybuchnęli jak na komendę śmiechem. Szwagier Orlicza, nie rozumiejąc, o co biega, zaczął szczerzyć zęby i kiwać głową.

– Czy powiedziałem coś śmiesznego? – Naczelny powoli tracił cierpliwość.

– Oj tak – powiedział rektor, łapiąc z trudem powietrze. – Nikt przecież nie powiedział, że wasz Qfant nie istnieje.

– Świetnie. – Jacek zacisnął pięści w geście triumfu. – Nie musimy być w zarządzie, wystarczą posady skromnych redaktorów. Napiszę kolejne książki. – Pisarz zatarł z radości dłonie.

– Tylko, że dziś Qfant nie wydaje już periodyku literackiego – oświadczył rektor.

– A czym się zajmuje, jeśli nie literaturą? – zdziwił się Naczelny.

Rektor podrapał się po nosie.

– Na przykład budowaniem uniwersytetów, takich jak ten.

cdn.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: