Narrator na końcu, dzwoni telefon a potem rusza karuzela

12/07/2009 by

– Następny? – westchnęła Zuzanna, podchodząc do drzwi. – Znając życie, narrator.
Narrator zadrżał i głośno przełknął ślinę a gardło miał suche, jak łzy Przewodasa wylane nad polskim fandomem.
– Narratora usuwa się na końcu! – pouczył Naczelny, wyjmując brzęczącą komórkę. Cwał Walkirii rozległ się w ciasnym pomieszczeniu. Narrator odetchnął z ulgą za to Naczelny przyklapł.
– O matko noc. Znowu on… – Przewrócił oczami, naciskając zieloną słuchawkę.
– Kto? – Zuzanna zerknęła na Jacka, ale ten z kolei był wciąż zajęty pozbawianiem Łasic broni (gdzież ona to wszystko zmieściła?, pomyślała Zuzanna o hałubicy). Narrator korzystając z chwili nieuwagi postanowił umknąć i złapał za klamkę.
Ledwo nacisnął, coś się na niego zwaliło, wpadło do pokoju, pchnęło ich wszystkich pod ściany.
– Co, w… – Naczelny wygramolił się z wielkim trudem spod sterty. – Co za bajzel?
– Karuzela – krzyknęła Zuzanna, podnosząc książkę. Przesylabizowała (bo z czytaniem to u niej było krucho, twierdziła, że to przez astygmatyzm, ale reszta redakcji twierdziła, że ma wrodzony analfabetyzm i właściwie dziwne, że została redaktorką – tu Narrator wyczuł kolejną zagadkę do wyjaśnienia) tytuł: „Świąteczna podróż”, czknęła dystyngowanie i odrzuciła tomiszcze za siebie.
– Kur!… piowskie wycinanki… – wystękał Faux, rozcierając guza. – Skąd tu tyle książek?!
– Muszę kończyć – sapnął Naczelny do słuchawki, która rozdzwoniła się, jak tylko schował ją do kieszeni.
– Karuzela? – wysapała Łasic, siedząc okrakiem na Jacku. Zepchnęła z siebie „Mroczny dom” i dodała zmysłowo, aksamitnie: – Masz gaśnicę proszkową w kieszeni, czy naprawdę się ucieszyłeś na mój widok?
Jacek przesunął papierosa z lewego kącika warg do prawego i bez słowa wyciągnął spod niej kolejną książkę.
– „Peanatema”? – Przeczytała i wzruszyła ramionami.
Wszyscy spychali z siebie książki, całe hałdy książek.
– Cholerny konkurs! – warknął Naczelny. – Do świąt ma mi to wszystko zniknąć!
– Ta je! – zasalutowała Zuzanna, gramoląc się niezgrabnie. Odrzucała kolejne tomy, dość przypadkowo ale mimo to zadziwiająco celnie trafiając co niektórych kolegów i zwłaszcza jedną koleżankę to w skroń, to w kolano, to w łokieć. – Czyli co?
– Czyli od jutra rusza qfantowa Świąteczna Karuzela Książkowa! – wrzasnął Naczelny, odbierając komórkę – NIE! MOGĘ! TERAZ! ROZMAWIAĆ!
Komórka poszybowała przez okno, które było najpierw zamknięte a teraz wybite.
– No, ale co z tym? – Zuzanna oparła się o ścianę, zastanawiając się, czy to świat tak wiruje, czy jej się w głowie kręci (ale po czym?!). – Z tym? – Zatoczyła ręką wkoło i straciła równowagę.
– Rozdamy! – Naczelny zdusił w sobie mordercze instynkty i zwrócił się bezpośrednio do Czytelników – Więcej na http://www.qfant.pl, szukaj konkursu Świąteczna Karuzela Książkowa. Do wygrania ponad 30 książek.
– O, kurde! – zawołali Czytelnicy, przyglądający się do tej pory wydarzeniom dość biernie i z pewnym znudzeniem. – Zajebi…
– DBAJMY, KURWA, O PIĘKNO JĘZYKA! – przerwał im Ponury Kosiarz, grożąc kosą. Po czym dodał – NO CO? SĄ TRUPY, JESTEM I JA. CHYBA WYKUPIĘ U WAS ABONAMENT.
– Amen – podsumował Narrator ten spontaniczny i niezaplanowany wpis.

Lan ogłasza fajrant, Faux się rozmarza, a trup ukazuje nowe oblicze

12/05/2009 by

− Fajrant, kochani! – Lan wyłoniła się ze swojej pakamerki, stukając znacząco w szkiełko zegarka. – Wszystko na dziś poukładane, zredagowane i skorygowane.

− Nie wszystko… − wymknęło się Naczelnemu, ale nikt go nie usłyszał w ogólnym zamieszaniu. Drzwi redakcyjnych klitek trzaskały za kolejnymi pracownikami, trudno było oprzeć się myśli, że wszyscy czekali tuż za progiem, jak w blokach startowych, na wybicie szesnastej.

Po minucie w redakcji nie było żywego ducha, nie licząc oczywiście naszych przyjaciół, którzy w poprzednich odcinkach z zapałem kręcili stryczki na własne szyje.

− Pilnuj tego i nie wpuszczaj nikogo!

Piotrek zostawił Tomasza przed kseroroomem a sam popędził na górę. Wpadł jak burza do rzeźni, łazienki znaczy (wybacz drogi czytelniku, narrator opisuje, co widzi, i czasem bywa zbytnio dosłowny), otworzył usta i… głos uwiądł mu w gardle. O ile rzecz jasna głos może w czymkolwiek uwiądnąć. Uwiędnąć zapewne prędzej – pomyślał niefrasobliwie narrator – ewentualnie ugrzęznąć, aczkolwiek częściej zamiera tudzież nie może zostać dobyty, a to z przyczyny szoku albo ciosu w splot słoneczny. Lub niżej.

A przyczyna uwiądu Naczelnego, mówiąc ściśle jego organu głosowego, miała długie, kruczoczarne włosy, zielone jak leśne sadzawki oczy i nóż w garści. Stała za plecami autora „Domu na wyrębach” i przykładała mu ostrze do szyi. Faux siedział na brzegu wanny, wyglądał na całkowicie pogodzonego z losem, czemu w jakimś stopniu przeczyły szeptane w przestrzeń słowa:

− A mogłem zaciągnąć się do Legii Cudzoziemskiej, Jacek by mi skołował dowód osobisty, im więcej nie trzeba. Wysłaliby mnie z misją w jakieś urocze siedlisko terrorystów albo do Afryki, nocny skok ze spadochronem w sam środek działań wojennych, sielanka po prostu…

− Gdzie on jest, gadaj! – Łasic przycisnęła mocniej nóż.

− Nie wiem, Piotrek go gdzieś wysłał… − Stefan mężnie skierował uwagę płatnej zabójczyni na Naczelnego.

− Albo trzeba mi było zostać saperem – monolog Fauxa trwał w najlepsze – najwyżej by mi urwało nogę czy rękę, czysta przyjemność…

Łasic, nie odejmując noża od szyi Stefana, płynnym ruchem dobyła berettę FS92 – rzecz godna najwyższej uwagi, zauważył w myślach narrator, gdyż pod wieczorową suknią mogła ukryć co najwyżej tatuaż, ale w końcu to ona zarabiała na życie, likwidując wskazane jednostki − i wycelowała w okolice Piotra. Naczelny posiadał właściwe piastowanej godności gabaryty, więc nawet nie musiała dokładnie mierzyć.

− Znajdziesz go w kseroroomie, piętro niżej − dzielnie wytrzymał wzrok egzekutorki. – Tylko nie zrób…

Łasic nie dowiedziała się, czego ma nie zrobić, z impetem wbiła nóż w ścianę, ostatnie słowa Naczelnego padły, gdy była już na schodach. Stefan pomasował szyję i utkwił melancholijne spojrzenie w drzwiach prowadzących do kabin prysznicowych.

− Taki treser tygrysów, to ma dobrze, zawsze lubiłem koty – rozmarzył się tymczasem Faux. – Albo łowca grzechotników. Słoneczko, praca na świeżym powietrzu…

− Kogo znajdzie w ksero? – zainteresował się autor horrorów.

− Gęsinę – odparł inteligentnie Naczelny, wprawiając Stefana w łatwo zrozumiałe osłupienie.

Równocześnie skrzypnęły drzwi do pomieszczenia prysznicowego, ze środka buchnął kłąb pary, z którego wyłonili się całkowicie – niestety, pomyślał narrator – ubrani Zuzanna i Jacek. Narrator przewinął do tyłu całą scenę, uznając, że pewnie przegapił coś ciekawego i zajrzał pod prysznice.

Zuza z Jackiem siedzieli na parapecie, szepcząc coś do siebie, odkręcona woda głuszyła rozmowę, a gęsta para mocno utrudniała podgląd, gdyby w pomieszczeniu znajdowała się ukryta kamera, czego nie można było wykluczyć, gdyż nie od dziś wiadomo, że ciała odziane w pianę są wyjątkowo wdzięcznym obiektem dla adeptów sztuki filmowej, których akurat w redakcji nie brakowało, podobnie jak baboli oddających się z uciechą, uciechom cielesnym w towarzystwie mieszanym, acz nie zmieszanym – narrator skrzywił się, gdyż z natury żywił wstręt do zdań wielokrotnie złożonych, ale kontynuował siłą rozpędu – oczywiście poza godzinami pracy, ewentualnie w godzinach, jeśli akurat Naczelny ruszył w Polskę, czyli jak to zwykło się określać na użytek kadrowych i małżonek, przebywał na delegacji.

Rozczarowany mocno narrator wrócił do właściwego miejsca i czasu akcji.

− Co to były za krzyki? – Jacek spojrzał spod ronda kapelusza i przypalił papierosa. – Stało się coś?

− Nic takiego, w ksero mamy martwego gliniarza, musimy nadać trochę przesyłek póki zawartość zbytnio nie zalatuje – Naczelny, gdy chciał, potrafił być uosobieniem wykwintnej uprzejmości. – No i Łasic cię szukała. Wyglądała na stęsknioną…

Zuz czknęła podejrzanie, w tym samym momencie drzwi rozwarły się szeroko i do łazienki wszedł Tomasz z aspirantem Gęsiną. Ściśle mówiąc, tylko Tomasz szedł, uginając się pod ciężarem zwłok pechowego policjanta. Pochylił się i zrzucił ciężar, ciało legło na plecach z głuchym łomotem. Jacek przyjrzał się truposzowi i ziewnął.

− No to mamy komplet.

− Mogłem zostać kaskaderem i dawać się strącać w przepaść w płonącym samochodzie – Faux roztaczał kolejne czarowne wizje. – Jeden, dwa dubelki i jechałbym spokojnie karetką na sygnale, a w szpitalu czekałoby mięciutkie łóżko, miałoby już na stałe tabliczkę z moim nazwiskiem, pielęgniarka pochyliłaby się nade mną, szepcząc…

− Jesteś, kurwa! – Łasic wpadła do rzeźni, znaczy łazienki redakcyjnej, z kopytem w dłoni i wypaliła do Jacka. Od huku zatrzęsły się ściany.

− Nie, one nie przeklinają – Faux mówił jakby do siebie. – Powiedziałaby, że specjalnie wzięła tę zmianę, bo ostatnio wypisali mnie zanim przeszliśmy do…

Jacek jednym palcem uniósł rondo kapelusza i zerknął na żółtą plamę zdobiącą mu marynarkę niczym ptasie łajno.

− Wygrałam! – Łasic w dwóch susach przeskoczyła ciała redaktorów, którzy na odgłos strzału padli na ziemię i rzuciła się w objęcia swojej ofiary.

− Jak zwykle… − Jacek dłuższą chwilę zajmował się sprawdzaniem, czy zielonooki roztrzepaniec ma wszystko na swoim miejscu. Narrator odwrócił na ten czas wzrok, więc akcja ma tutaj dziurę. Kolejną scenę zaczyna Naczelny:

− Boże, dom wariatów, za jakie grzechy?! Ludzie, za niedługo pojawi się tu policja, będą szukać swojego człowieka!

− Nie pojawi się – Jacek przerwał na chwilę witanie się ze wspólniczką i wskazał głową najświeższego denata. – Przyjrzyj mu się dokładnie, nie poznajesz?

− Hmm… − Piotrek studiował rozpłaszczone drzwiami rysy delikwenta. – A powinienem?

− To niejaki Lepik, podający się za doktora fizyki, który swego czasu uraczył nas plagiatem artykułu popularnonaukowego. Był w zmowie z wampirzycą, miał ją ubezpieczać, kiedy myszkowała po naszym archiwum. Spóźnił się niestety.

− Lepik, ten oszust?! – Naczelny wyglądał jakby zamierzał rzucić się z pięściami na trupa. Opanował się jednak i popatrzył dziwnie na Jacka. – A ty skąd wiesz…?

− Łasic miała go na oku. Tak na wszelki wypadek.

− Lepik? – Zuzanna schowała piersiówkę tam, gdzie chowa się piersiówki, by uzasadnić ich nazwę (to znaczy w redakcji chowa się je przed Naczelnym, a nie w związku z nazwą, ale ta przecież skądś się wzięła – narrator zaplątał się odrobinę).

− Lepik? – Tomasz śledził wzrokiem piersiówkę nawet wtedy, gdy zniknęła tam, gdzie znikają piersiówki.

− Lepik? – Stefan oderwał się od rękopisu, bynajmniej nie w celu śledzenia piersiówki. – Idiotyczne nazwisko, nawet w epizodach psuje nastrój.

− Ale skoro związałem się z tą bandą złoczyńców – Faux wyprostował się, wzruszył ramionami i wyjął ze ściany nóż Łasic – nie pozostało mi nic innego, jak się przystosować. Szefie, kto następny?

O stręczycielstwie, molestowaniu przez uszy i o tym, że brak jaj nie przeszkadza w wieszaniu akumulatorów.

12/03/2009 by

Naczelny spąsowiał. Gęsina wymownie spojrzał w górę, jednocześnie stanowczym gestem odpychając dziewczynę. Zapadła niezręczna cisza.

– Mały remoncik robimy – oświadczył Naczelny głosem możliwie spokojnym.

– Pierwsze słyszę – wtrąciła Anna, podkopując plan szefa.

– Eee, bo… to nagle tak wyskoczyło, ci z góry nas zalali i sufit cały w zaciekach – doprecyzował szybko i wypuścił powietrze. Miał nadzieję, że kobieta da za wygraną i nie wyskoczy z teorią spiskową, że niby to redakcja zajmuje dwa ostatnie piętra. Tyle że akurat ta teoria spiskowa miała solidne poparcie w faktach. Detal.

– Ale z pewnością pana policjanta nie sprowadza do nas renowacja sufitu. – Zaśmiał się nieszczerze Ojciec Mrok, uniemożliwiając dziewczynie wyartykułowanie kolejnych spostrzeżeń, a widząc, że nie zamierza opuszczać pomieszczenia, rzekł – Anno, idź gdzieś, na kawę czy co, bo musimy z panem porozmawiać na osobności.

Rzuciła mu wredne spojrzenie i ociągając się, wyszła.

Zostali sami, Gęsina, Naczelny i Kserograf.

– Ja tam na górze słyszałem, jak ktoś mówił coś o krwi? – zauważył policjant.

– Pewnie się jakiś niedołęga skaleczył pędzlem, to literaci, nie budowlańcy, nie ma się czemu dziwić. Jeśli wiedzą, gdzie jest sufit, to już jest postęp, gdyż zwykle bujają o wiele wyżej. Wie pan, o czym mówię?

nie wiedział?

– Poszukuję kobiety – wypalił nagle.

Naczelny aż cofnął się o krok z wrażenia i przeczesał dłonią włosy na głowie.

– Wie pan, specjalistą w tej materii nie jestem, ale za mojej młodości do takich celów najlepsze były dyskoteki, kawiarnie, kina, a na pewno nie redakcje literackie. Może pan pomylił piętra, agencja „Czarodziejka” mieści się piętro niżej?

– Nie, nie – jąkał Gęsina, machając łapami. – Zupełnie się nie zrozumieliśmy. Szukam konkretnej kobiety.

– Uciekła i zostawiła z dzieciakiem, nie daj Boże, takie te baby teraz są. – Naczelny pokręcił współczująco głową.  Położył dłoń na ramieniu osłupiałego mundurowego. –  Bez paniki, kobiet są miliony, a za mundurem jak to mówią. Mam pomysł, pan zejdzie piętro niżej i powie, że jest z Qfantu, a dostanie pan dziesięcioprocentowy rabat. My mężczyźni musimy się wspierać – skończył, puszczając perskie oko.

– No wie pan co! Jak pan śmie nakłaniać policjanta do korzystania z burdelu?! To skandal, ja sobie wypraszam, jestem wzorowym katolikiem i obywatelem – Gęsina wrzeszczał, jakby go ktoś oblał wrzątkiem.

– I pan się dziwi, że odeszła? Kobiety nie lubią nadpobudliwych. Może jeszcze ją pan bronią straszył? Bo widzę, że z pana typ maczo.

– Jeszcze jedno słowo i pana skuję – warknął Gęsina. – Za robienie sobie kpin z władzy.

Naczelny chciał dodać, że nie lubi takich zabaw, bo ma alergię na futerko, ale postanowił się zamknąć, gdyż przypomniał sobie, że na piętrze koledzy tną trupa piłką do metalu.

– Chciałem tylko pomoc – rzucił uspokajająco.

– Jesteś pan jakiś psychiczny czy co?  Co o za miejsce? Ta się na mnie rzuca jak głodny na suchary, rozmowę prowadzimy w schowku na szczotki, naczelny bawi się w burdelmamę!

– Na ksero – wtrącił Naczelny. – To jest schowek na ksero.

– Jestem na służbie, szukam przestępczyni, mam mówić wolniej czy tak wystarczająco dobrze?

– No to dlaczego zaczął pan od życia prywatnego? – Naczelny ewidentnie przeginał, ale był w tym niezły.

Policjant wyszarpnął zza pazuchy pocztówkowych rozmiarów zdjęcie.

– Poznaje ją pan? – zapytał.

Pokoik zrobił się nagle jeszcze ciaśniejszy. Piotr zwany Mrokiem spróbował poluźnić nieistniejący kołnierzyk.

– Tak, chyba tak. – Wziął do ręki fotkę. Widniała na niej czarnowłosa dziewczyna, uśmiechnięta dosłownie od ucha do ucha, wystawiająca kciuk w powszechne znanym geście.

– Wie pan, gdzie mogę ją znaleźć?

Owszem, wiedział. Na pierwszym piętrze, ciętą na kawałki przez kolegium redakcyjne.

– Wie pan, zwolniliśmy ją, mam gdzieś adres domowy.

– Pan się nie trudzi, już tam byliśmy. Rodzice powiedzieli, że pojechała do Warszawy, do redakcji, odzyskać jakiegoś Bohuna, ponoć go wygrała w konkursie fotograficznym. Właśnie na waszej stronie konkursowej jeden z poszkodowanych ją odnalazł.

– O co jest oskarżana?

– Wyłudzenia autografów od znanych pisarzy pod groźbą wieszania akumulatora na jajach;  bez względu na płeć; szantaże moralne, haracze książkowe od wydawców, molestowanie seksualne przez uszy, liczne porwania literatów i dziennikarzy w celach konsumpcyjnych, przemyt literatury transylwańskiej, świadczenie nielegalnych usług astrologicznych oraz wielokrotne morderstwo bułgarskiego eseisty Michaiła Smachdobri.

– A to taka porządna dziewczyna się wydawała – skłamał Naczelny, zupełnie nie zdziwiony litanią grzeszków byłej współpracowniczki.

– Jechała po Bohuna, którego wygrała  – Policjant powrócił do drażliwego tematu. – Miała go odebrać w redakcji.

– To widocznie nie dotarła, bo od dwóch tygodni jej nie widziałem.

Matko noc, tylko niech nie mówi, że chce się rozejrzeć, plis, plis.  Naczelny powtarzał w myślach to zdanie jak mantrę.

– Czy mogę… – zaczął policjant, czym wywołał skurcz żołądka u swojego rozmówcy – …się rozejrzeć?

– Tak, oczywiście – odparł Naczelny, kręcąc głową i wpadając w lekki letarg. W ostatnim przebłysku świadomości pomyślał, że gdy marzył o wielkich celach, to nie miał na myśli cel więziennych.

Obaj ruszyli do wyjścia, co spowodowało, że zaklinowali się  między kserografem a ścianą. Mocowali się kilka sekund, ale nic to nie dało.

– Może pan się cofnie – zaproponował Naczelny. – A ja pójdę pierwszy?

Policjant posłusznie  zrobił krok do tyłu i zaczął iść gęsiego tuż za gospodarzem. Naczelny otworzył drzwi silnym pchnięciem, zupełnie zapominając, że odbijają do tyłu, oraz o wystających gwoździach, którymi była przymocowana tabliczka z napisem „ksero”.

Łupnęło zdrowo i jakby coś jęknęło. Naczelny zastygł, doznając astralnego olśnienia, szkoda że zbyt późno. Zamknął oczy i nasłuchiwał jakichkolwiek odgłosów życia. Bezskutecznie.

– Co jest szefie? – zapytała Lau. – Paraliż jakiś?

Otworzył oczy. Za oknem leciała wrona. Czy zobaczy jeszcze w tym roku wronę?

Zadudniły schody. Pojawił się Tomasz, cały ubabrany na czerwono.

– Sufity maluje się na biało – zauważyła natychmiast DT.

On jednak nie zważając na docinek, podszedł do Naczelnego i oświadczył:

– Zrobione, popakowane, tylko wysłać i po sprawie.

– Nie zwijajcie jeszcze sprzętu. W kseroroomie  mamy drugi, identyczny problem – oświadczył Naczelny, wpatrując się martwym wzrokiem w okno.

Naczelny się spieszy, Thana ma wizje, Lau zapowiada gościa i wszyscy chcą kserować

12/01/2009 by

Naczelny wyszedł z archiwum, ostrożnie zamykając za sobą drzwi. Chwilę stał na progu. Nasłuchiwał. Gdyby w półmroku pustego, zakurzonego podestu ktoś stał, zobaczyłby dziwnie surowy i mroczny grymas na jego jowialnej zwykle, rumianej twarzy. Zwinnie i cicho jak kot przeskoczył kilka stopni.
– Thana! A co ty robisz? – Zatrzymał się gwałtownie, widząc jedną z korektorek, stojącą z naręczem tekstów przy dystrybutorze wody. Patrzyła na pięciolitrowy pojemnik zielonkawej cieczy, w której melancholijnie pływał niewielki głowonóg.
– Co? – Odwróciła się z nieobecnym spojrzeniem, które błądziło teraz po ścianie. Ścianę pokrywał fantazyjny wzór zacieków i grzyba, porastającego mury. Naczelny jednak od zawsze miał wrażenie, że ten wzór przypomina jakąś pradawną mapę prowadzącą w sekretne miejsca. W inne czasy, inne światy. – Czy to nie oczywiste?
– Co? – spytał, mimo pośpiechu, który gnał go na miasto. Musiał wyjść z redakcji nie tylko po piłkę do trupa a czasu było coraz mniej. Zerknął na zegar z kukułką wiszący nad recepcją.
– Wszystko! – odparła, poprawiając pakunek w ramionach. Kartki z wierzchu zaczęły się ześlizgiwać. Będzie burdel, pomyślał. Nie mam na to czasu – dodał, starając się ją wyminąć. Otworzyła szeroko oczy i ze zdumieniem odkrył, że przelewają się wypełnione czymś… czymś… jakby płynnym srebrem. Głos korektorki obniżył się o kilka oktaw, prawie tak nisko, że zamiast dźwięków wydawała z siebie drażniące ucho charczenia i zgrzytliwe jęki. – Jakiś potwór tu… nadchodzi. Strzeż się tej, co… trzyma… trzyma… – Zacięła się i wywróciła białkami. Kartki z naręcza tekstów sypały się wokół.
– Co? Co trzyma? – Świecę, odpowiedział sobie w myślach. Gromnicę!, sprecyzował.
– Ko… ko… – rzęziła Thana, drżąc cała.
– Kopytko? – Próbował jej pomóc. – Koszulę?
– Ko… ooo…
– Koguta? – Też jej się zebrało na jąkanie. Jakżeż to szło?, weźnij czarno kure? – Kominiarza?
– Ko… – wychrypiała ostatnim wysiłkiem, nim opadła zupełnie z sił. – …szyczek.
– Szyczek… – powtórzył, przeciągając głoski. Nagle odczuł całą grozę sytuacji. Spojrzał na sufit, jakby mógł prześwietlić go promieniami X i skinął kilkakrotnie głową. Coś stuknęło głucho, coś ciężkiego wypadło na podłogę, aż zadrżał pojemnik z wodą i głowonóg ze strachu popuścił smużkę sepii.
– Szefie! Szefie! – Lau pociągnęła go za rękaw. – Ktoś do ciebie.
– Kto? – Otarł pot z czoła. Thana uśmiechnęła się i kucnęła, żeby pozbierać papiery. Rozejrzał się. W recepcji na kilku niewygodnych krzesełkach siedziało trzech autorów, debiutantów. Rozpoznał ich po pełnych nadziei twarzach i niespokojnych dłoniach, ściskających jeszcze ciepłe ćwierćryzy, dopiero co wyjęte z domowych drukarek. Między nimi spał drewniany bóg z miastem Ur na głowie a pod zegarem stał…
– Potwór… – wyszeptał.
– Starszy aspirant Gęsina – powiedziała Lau. – Koniecznie chce się tobą widzieć.
– Weź go do konferencyjnej. – Polecił, zerkając na zegarek. Piłka do trupa! Piłka do trupa!… kołatało mu w głowie. – Zaraz przyjdę.
– To zajmie tylko chwilę… Witam! – Aspirant Gęsina podszedł do Naczelnego z wyciągniętą dłonią. Miał mocny uścisk i błękitne, szczere oczy. Uśmiechał się szeroko a w policzku zrobił mu się sympatyczny dołek. – Gęsina!
– Naczelny. – Odpowiedział równie zdecydowanym i pewnym siebie uściskiem.
– Vampyromorphida, ciekawy okaz.
– Co?… Vampiromorfi… Gdzie?
– Nie jest jej za ciasno? – Policjant podszedł do dystrybutora Dar Katowic i popukał w plastik. Głowonóg wybałuszył oczy z wysiłku, ze wszystkich sił pompując sepię. Wkrótce znikł cały w ciemniejącej cieczy.
– Może ciasne, ale własne – odezwała się filozoficznie Thana, wstając. Przytrzymywała papierzyska brodą.
– Pomóc?
– Popro… – Umilkła pod gromiącym spojrzeniem Naczelnego. – Poradzę sobie! Dziękuję… – I poszła, obijając się od ścian i szaf zastawiających wąskie korytarzyki.
– No właśnie. – Naczelny chrząknął, przywołując Gęsinę do rzeczywistości, bo za bardzo się zapatrzył.
– Śliczna dziewczyna! – westchnął, podnosząc brwi.
– Zajęta! – Huknął Naczelny, zerkając na kukułkę. – Przepraszam, ale też jestem trochę… w tym, tam… niedoczasie. O co chodzi?
– Wolałbym… – Gęsina potoczył wzrokiem po redakcji. Naczelny udał, że nie widzi tych wszystkich oczu spoglądających ze szpar w drzwiach i przez dziurki od kluczy. Pod pobliskim kibelkiem utworzyła się kilkuosobowa kolejka złożona głównie z grafików. No tak. – Na osobności.
– Może tu? – Naczelny pchnął drzwi i weszli do kserorumu. Było tu bardzo ciasno a pomieszczenie, prawie w całości wypełnione wielką maszyną, oświetlała smętnie zwisająca z niskiego sufitu goła żarówka dwudziestowatowa.
– Au! – Gęsina stęknął, gdy Naczelny domykając drzwi stanął mu na stopie.
– Pardon! – powiedział Naczelny, obracając się. Zawadził przy tym łokciem o żebra Gęsiny. – Jesteśmy na osobności.
– Mogę? – Drzwi otworzyły się i do środka zajrzała DT.
– Zajęte – wysapał Naczelny, stając piętami na palcach aspiranta.
– Ale ja tylko dwie kartki… – DT zaczęła się wpychać do środka, zdmuchując z czoła uroczy kosmyk włosów. – Ksero… – wyszeptała prawie bezgłośnie, trzepocząc rzęsami w kierunku Gęsiny.
– Później! – Zdenerwował się Naczelny i zaczął ją wypychać na zewnątrz.
– Skończyłaś? – Pisnęła mu nad uchem Anna.
– Gdzie się pchasz? – zapytał retorycznie, bo Anna, szczupła i wiotka już właściwie była w środku, miażdżąc mu twarz trzymanym nad głową tomiszczem.
– Tylko minutka! – zaszczebiotała słodko. – Muszę skserować!
– Przecież to ksero nie działa! – Naczelny byłby tupnął, gdyby mógł.
– To ksero nie działa! – poskarżyła się równocześnie DT.
– Bo nigdy nie działało! – Naczelny policzył szybko w myślach do jednego. Od dziesięciu wstecz. Po starocerkiewnosłowiańsku. – Od nowości! – Przejechał palcem po pokrywie podajnika. Gruby kłak ponad dwuletniego kurzu zaczepił się o paznokieć.
Dziewczyny popatrzyły na siebie. Naczelny miał dość. Co za cyrki!
– Pająk! – wrzasnęła nagle Anna, przytulając się do szerokiej, umundurowanej piersi aspiranta.
– Cholera… – westchnęli głośno, wspólnie, Naczelny, Gęsina i DT, każde z innych powodów.
Na górze, w archiwum znów coś łupnęło o podłogę. W zapadłej nagle ciszy usłyszeli tupot, szuranie i zduszony głos: ale ta krew się spierze?…

O irracjonalności, która nie służy, bo służyć nie może śledztwu, które się dopiero rozpocznie.

11/29/2009 by

„Kochani”, jak jeden mąż, znieruchomieli w pozach, które świadczyć mogły jedynie o panicznym strachu, podszytym na dodatek trupią atmosferą ciszy, przez którą jedynie gdzieniegdzie, jedynie od czasu do czasu przebijało się upierdliwe pobzykiwanie jakiejś muchy, czy jakiegoś innego pobzykującego paskudztwa, gotowego złożyć jaja, albo nawet inne, nie mniej ohydne paskudztwo pod skórą drętwiejącej denatki. Darda ponownie rzucił okiem na członki nieboszczki, po czym z trudem przeniósł go na członków redakcji Qfantu, którzy z każdą kolejną sekundą oczekiwali na pierwszą, niekoniecznie zdrową reakcję niespodziewanego gościa.

– Nie żyje? – zapytał w końcu zaprzyjaźniony debiutant ściszonym, ołowianym głosem.

– Ano, nie żyje – odpowiedział zdawkowo naczelny, po czym, nabrawszy w płuca konkretną porcję powietrza, oskarżycielskim tonem dodał: – Z twoją świecą w garści, Stef. Ona nie żyje z twoją świecą… Możesz nam to wyjaśnić?

Dopiero po tej uwadze Stefan Darda dostrzegł na wpół zakrzepły wosk, który zdawał się jeszcze spływać z dłoni, dzierżącej w śmiertelnym uścisku wysoką na trzy cale, solidnie wypaloną gromnicę. Dodajmy – gromnicę, przy której świetle Stefan Darda, jak głosi legenda, pisuje wieczorami.

– Jak to…? – pisarz zaczął się jąkać. – Przecież… nie rozumiem. Owszem, przyszła do mnie wczoraj, tak do końca nie wiem po co, ale że była na dodatek kleptomanką, tego bym się po niej nie spodziewał.

– A więc poznajesz gromnicę – zaatakował Tomasz.

– Stary! – odgryzł się jak potrafił debiutant. – Ze świeczką, czy bez, zdaje się, że ona poległa u was, w redakcji!

– Z twoją świeczką, Stefan – wyrzucił Tomasz, przywołując na twarz cwaniacki uśmieszek. – Poza tym nasza redakcyjna koleżanka…

– Nasza była redakcyjna koleżanka – wtrącił naczelny.

– Owszem, była koleżanka, Piotrze. Tak, czy siak, bidulka dzwoniła do mnie wczoraj skoro świt i zapewniała mnie, że jakimś sposobem wyciągnie od Dardy, ile trupów ten umieści w swojej kolejnej powieści. Po kilku godzinach zadzwoniła po raz kolejny i oznajmiła mi, że doliczyła się trzech i że do dokończenia drugiej książki Stefana potrzebny jest mu ponoć jeszcze jeden truposz. Najlepiej wampir.

– Wampirzyca – rzucił Jarek.

– Co? – Darda posłał młodzieńcowi zdziwione spojrzenie. – Skąd niby o tym wiesz?

– No, wampirzyca – Jarek wykonał gest jak do przyjęcia jałmużny. Albo jakby sugerował dłonią, że rozwiązanie jest banalnie proste, na wyciągnięcie ręki. – Przecież leży tutaj ze świeczką w łapie. To znaczy, być może w wampirzej łapie. Jeśli tak mogę się wyrazić…

Zuzanna, która do tej pory pozostawała w nieruchomej pozie wystraszonej do granic możliwości kurtyzany, ruszyła na drewnianych nogach przed siebie i, obserwując bacznie po raz kolejny ciało, zrobiła okrążenie po orbicie rigor mortis.

– Słuchajcie – odezwała się tonem nie akceptującym choćby cienia sprzeciwu. – To wszystko nie trzyma się ni kupy, ni dupy. Mamy trupa wprost z szafy i trzy dodatkowe…

– Stop, Zuza! – przerwał jej naczelny. – Darda nie wie, że… No, on nie wie i nie może się dowiedzieć o tamtych.

– I tak się dowie – Zuzanna odpowiedziała bez namysłu. – Dowie się o trupach zamurowanych w piwnicy Baśki. Prędzej, czy później.

– Jak to?! – wykrzyknął Darda. – Przecież te truposze w posadzce piwnicy, to miały ujrzeć światło dzienne dopiero w dniu premiery mojej kolejnej książki!

– A nie mówiłam? – Zuzanna wykonała miniaturę gestu samozadowolenia premiera Marcinkiewicza. – Coś tu jest konkretnie nie tak. Słuchajcie; jak by na zagadnienie nie patrzeć, jesteśmy w tę sprawę zamieszani po równo. To po pierwsze. Po drugie, za diabła nie mam pojęcia, jak możemy z tego błotka wybrnąć.

– Łukasza Błotka w to nie mieszaj – rzucił płaczliwym tonem naczelny. – Wszyscy wiemy, że ten facet, jak już go wywaliłem z hukiem z redakcji, poleciał sobie jak gdyby nigdy nic do Brazylii i tam najnormalniej w świecie kopyrtnął, bo się na lotnisku poślizgnął na skórce od banana. Poleciał do tyłu, rozległe pęknięcia czaszki i takie tam.

– Nie to miałam na myśli – Zuza zmierzyła naczelnego karcącym wzrokiem. – Tak wygląda wersja oficjalna, wiem. Chodzi mi raczej o to, że coś tu jest konkretne nie tak. A jak ja mówię, że coś tu jest konkretnie nie tak, to znaczy, że coś konkretnie nie tak jest na poważnie.

– No, jak ty mówisz, to to znaczy, że musi być… znaczy się, chciałem powiedzieć, że… eee – Jarek kompletnie się zaplątał i zawiesił na amen.

– Zuza sugeruje, że jesteśmy w powieści – zasugerował Stefan.

– Obawiam się, że nawet w twojej – zasugerowała z przekonaniem Zuza.

– Sugerujesz, że to wszystko – Tomek wskazał stertę książek z konkretnie rozkładającymi się na nich zwłokami – jest jedynie fabułą jakiegoś kryminału?

Zuzanna potrząsnęła głową.

– Niekoniecznie. Wydaje mi się raczej, że nas poniosło. Chcieliśmy stworzyć magazyn fantastyczno-kryminalny, a zrobił nam się z tego pomysłu jakimś cudem fantastyczny składzik na trupy wyskakujące z szafy.

– Fakt – do rozmowy niespodziewanie włączył się Jacek, który – na skutek niespójności fabuły – był sobie gdzieś zniknął na jakiś czas. – Zauważyliście może, że nie było mnie przez jakiś czas? Że nawet Piotr podejrzewał mnie przez ten czas, że zakapowałem was do glin? Niespójność fabuły, moi drodzy, o czym zapewne nie omieszkał wspomnieć narrator. Albo uczestniczymy w jakiejś zbiorowej halucynacji, albo siedzimy we łbie jednego z nas i jakoś staramy się racjonalizować te zabójstwa. – Jacek wyciągnął glocka-zapalniczkę i po kolei począł celować nią w każdą osobę z pytającym wyrazem twarzy, po czym przypalił papierosa, nie zważając na fakt, że to może go kiedyś zabić jak mają w zwyczaju głosić te górnolotne, czarne hasełka na paczkach.

– Ale zaraz! – podjął Darda i począł spacerować w te i we w te po pokoju. – Moja najnowsza powieść jest napisana właśnie do tego momentu. To znaczy, do momentu ukatrupienia wampirzycy, którego jeszcze fabularnie nie dokonałem.

– Stefan, to w tej chwili w zasadzie jest nieistotne – kontynuował Jacek. – Mamy do czynienia z jakimś rodzajem projekcji. Jeden z nas raczej na pewno jest mordercą i teraz usilnie stara się zracjonalizować sobie te zbrodnie, zwalając winę na wszystkich. Kłopot polega na tym, że wszyscy, przynajmniej po części, jesteśmy pisarzami. Piszemy scenariusz dla seryjnego mordercy, który posługuje się w tej chwili naszymi osobowościami.

– I który jest irracjonalny? – Zuzanna omiotła wzrokiem całe towarzystwo.

– Tak – odpowiedział jej Jacek. – Zarówno scenariusz wydaje się być irracjonalny, jak i seryjny morderca, a przynajmniej jego postępowanie.

– Cholercia! – wtrącił Jarek. Trząsł się przy tym jak galaretka truskawkowa z nienormatywnym dodatkiem polepszaczy E273 i E 327. – Jak myślę o tym ćwiartowaniu zwłok z użyciem piłki i qfantowych smyczy, to zaczynam w to wszystko wierzyć!

– Apropos – naczelny, po uprzednim wymierzeniu sobie kilku solidnych policzków, odezwał się piskliwym głosem – czy w związku z powyższym jest sens ćwiartować naszą byłą koleżankę?

– Nie wierzę – Stefan Darda uśmiechnął się nieznacznie. – Naprawdę zamierzaliście ją poćwiartować? I zapewne wysłać pocztą w odległe zakątki świata. Czyli dokładnie w taki sposób, jaki miałem zamiar zastosować w dalszej części powieści.

– No, Baśka na pewno się nie pogniewa – odrzekł naczelny.

– Dobra, w takim razie tachamy ją do łazienki – zawyrokowała Zuzanna. – Jarek i Jacek za nogi, a Stefan i Tomek za rączki. I proszę ciągnąć, solidnie ciągnąć.

– A ja? – Piotr zdawał się poczuwać niedopieszczony.

– No, przecież wspomniałeś, że nie możesz dźwigać. No i o piłce do metalu wspominałeś, że ją kupisz – Zuzanna posłała naczelnemu teatralny uśmieszek.

– Okey, to ja w takim razie pobiegnę – oznajmił naczelny, zapewne w obawie, że mógłby się spóźnić na ceremonię ćwiartowania.

– Jasne, pośpiesz się – Jacek odpalił kolejnego papierosa marki Gitanes.

– Jasne, pośpiesz się – zawtórował mu Tomek. – Betonowanie już mi zbrzydło.

– Jasne, jasne – dodała Zuzanna. – Musisz się pośpieszyć, bo się nam jeszcze wampirzyca raczy obudzić.

– Jak to… obudzić? – Piotr o mało nie rozbił się o drzwi wejściowe do redakcji.

– A no, tak to, Piotrze. W końcu mamy do czynienia z wampirzycą. Mało to krwi nam napsuła? Ach, no i jakiś osikowy kołek chyba by się przydał. Pośpiesz się bo się ściemnia.

O powiązaniach Jacka oraz o nowym zastosowaniu Qfantowych smyczy.

11/27/2009 by

– Jacku – zaczął naczelny, przyglądając się zwłokom rozkładającym się powoli na książkach przeznaczonych na nagrody w świątecznej karuzeli. – Po pierwsze, i tak zbyt narażamy Baśkę. W przyszłości może będzie chciała sobie przebudować tę piwniczkę. Wyobraźcie sobie jej zaskoczenie, gdy odnajdzie trzy szkielety zabetonowane w podłodze.

– Przypominam, że ja byłem przeciwny – zaczął Tomek. – Powinniśmy ją zapytać o zdanie, zanim władowaliśmy jej do nowo budowanej rezydencji dodatkowych lokatorów.

– Jasne, ale sam jej tę podłogę zalewałeś betonem i to z entuzjazmem, o ile pamiętam – wtrąciła Zuzanna.

– Naczelny mnie straszył, że powie siostrze o ekscesach z gali Horyzontów Wyobraźni.

– Jakbyś nie podpuścił szwagra Egipcjanina, by krzyczał do tych skinów „Legia dziady!”, to by mu nie rozwalili głowy butelką i nie zaczęli kopać. – Zuzanna nie ustępowała.

– Ciesz się, że miałem gnata – dodał Jacek. – Bo byś przywiózł go do domu w drewnianej skrzynce.

– Oficjalna wersja brzmi: zaatakowali go z pobudek rasistowskich i jej się trzymam – powiedział Tomek.

Naczelny włożył głowę w dłonie i zaczął liczyć. Teoretycznie do dziesięciu, ale w praktyce okazało się to niewystarczające.

– Wiecie co, może po prostu niech tam leży, a my pogadajmy o trzeciej części wywiadu z Konradem T. Lewandowskim. – zaproponował, gdy doszedł do stu. – A nóż, widelec sama zniknie?

– Świetny pomysł – zgodzili się chórem. Wywiad miał się ukazać w piątek i był diabelnie ostry. Pisarz jechał po większości autorów ze sceny fantastycznej, nie przebierając w słowach.

Jarek, jeden z najmłodszych redaktorów, który był zbyt zaszokowany, by coś powiedzieć, już nawet zamykał drzwi od składzika, gdy naczelny wrzasnął:

– To był sarkazm, do jasnej cholery. Co jest z wami ludzie? Trzeba ją stąd usunąć i to migiem. Bo jak, nie daj Zeusie, gdzieś przecieka, to nam zapaćka nagrody juchą. Nie po to się męczyliśmy cały miesiąc, by pięćdziesiąt książek pachniało rzeźnią.

– A ty skąd wiesz, że ona przecieka? – zapytał Jacek.

– Skończ z teoriami spiskowymi, bo mnie krew zaleje. Zwolniłem ją, nie pamiętasz? Po jaką cholerę miałbym ją jeszcze zabijać?

– Przy pozostałych ciałach też tak szef mówił. – Jarek nieco zbladł. Pomimo, że świadkował przy odkryciu trzech poprzednich denatów, nadal nie mógł się przyzwyczaić.

– Faux, ty lepiej podumaj co zrobić, a nie się wymądrzaj – odparł naczelny, kucając przy zwłokach. Podnosił bezwładne członki byłej koleżanki, przeczesywał włosy; chyba faktycznie chciał sprawdzić, czy gdzieś nie przecieka albo tylko tak udawał?

– Wiecie co, przenieśmy ją do łazienki, potnijmy na kawałki i wyślijmy paczkami w świat, tak jak w opowiadaniu Piotra – zaproponowała Zuzanna. – Niech się poczta martwi. Zgubili nam czterdzieści zaproszeń na galę, więc może zgubią i trupa.

Tomek zaczął kręcić głową i stwierdził:

– Myślicie, że to takie proste? Człowiek ma około pięć litrów krwi, no, ona może nieco więcej. Całą łazienkę upieprzycie. Ja tego nie będę sprzątał.

– Widzieliście Sin City? – Naczelny upewniwszy się, że książki są bezpieczne, wstał. –  Tam Marv jednemu kolowi powiązał ręce i nogi gumkami, a potem mu je uciachał piłką do metalu.

– Pomysł dobry – stwierdził Jacek. – Ale nie mamy ani piłki do metalu, ani gumek do wiązania.

– Mamy smycze – wtrącił Jarek. – Wiecie, te z logo Qfantu, może nimi powiązać trupa. I tak mamy ich dużo.

– Brawo, Faux!  – zawołał Piotr – Zginęlibyśmy bez ciebie. Lecę po piłę do żelaznego, a wy przenieście nasz duży kłopot do łazienki.

Naczelny ruszył w stronę drzwi, ale do nich nie dotarł, gdyż na jego drodze stanął Jacek. Dmuchnął mu w nos dymem i zapytał:

– Czy ty aby nie jesteś za sprytny?

– Spokojnie, nie zakapuje was do glin, przecież jedziemy na jednym wózku.

– Wiesz, to nie o to chodzi. Czy ty tu widzisz gdzieś Pudzianowskiego? Mamy sami przetaszczyć bezwładne, na oko studwudziestokilowe ciało przez piętnaście metrów? Tyle się chwalisz, jak to trenowałeś kulturystkę, to teraz się wykaż, a ja polecę po piłę. – To mówiąc, odwrócił się na piecie i wyszedł z redakcji, nie czekając na głosy sprzeciwu.

– Wiecie co? Po prostu pociągniemy ją za nogi do łazienki. Ja mam chory kręgosłup i nie zamierzam na wózku inwalidzkim skończyć. – oświadczył naczelny, gdy umilkły kroki Jacka.

– Dlaczego? – zaoponowała Zuzanna – To by był niezły chwyt marketingowy, niepełnosprawny naczelny, wszędzie by cię zapraszali, byłbyś zauważalny.

Chciała coś jeszcze dodać, ale Piotra nie bez kozery nazywano Ojcem Mrok. Wystarczyło jedno spojrzenie i koleżance odechciało się snuć wizji reklamy.

Na szczęście denatka nie przeciekała, więc bez zostawiania trudnych do wywabienia plam, dotransportowali ją wspólnym wysiłkiem na środek redakcji. Właśnie robili sobie krótką przerwę, gdy zabrzmiał dzwonek do drzwi.

– O matko – jęknęła Zuzanna. – Jack nas zakapował na gliny, a to szuja.

Skrzypnęło okno. To Faux zdecydował się na desperacką próbę ucieczki.

– Jarek, wyluzuj, to drugie piętro, chcesz się zabić? – zapytał Tomek, siłą ściągając go z parapetu.

– Nie chcę wylądować w poprawczaku, zresztą nie dożyje tego, bo matka mnie wcześniej zabije. Chciałem być tylko redaktorem, a trafiłem do grupy przestępczej. Jesteście degeneratami! – wrzeszczał Jarosław, usiłując się wyswobodzić z uścisku Tomasza.

– Cisza, bez paniki – powiedział Piotr –  Nie sądzę, żeby Jacek nas wsypał. Za dużo wiemy. Jak choćby o tym krytyku, który zjechał „Był sobie złodziej”.

– Ta, biedak stoi gdzieś sobie na dnie Wisły z betonową podstawką na stopach. – Zaśmiała się Zuzanna. – Ale należało mu się. Jak się nie znał na literaturze, to powinien się zająć wyrobem wafli.

Dzwonek darł się nadal uparcie i metodycznie.

– Albo ten szesnastolatek, co mu się przywalał do córki. – Faux się zaczerwienił. – Dobrze, że mnie uprzedził, bo sam miałem ochotę się z nią zaprzyjaźnić.

– To był przecież wypadek? – zapytał Tomasz, puszczając Jarka, gdyż ten przestał się szamotać.

– Jasne, sam nadział się przypadkowo na statuetkę kreatora, którego Jacek dostał za zwycięstwo w konkursie kryminalnym – odparł naczelny. – A swoją drogą, to do dziś nie wiem, jakim cudem nie było sprawy. Mam wrażenie, że Jacek ma większe układy niż się domyślamy.

– Masz rację Piotrze – przytaknęła Zuzanna. –  Pamiętacie tego grubasa, co nam go Jacek naraił, chciał sponsorować numer. Dawał sto tysięcy żywą gotówką. Znikł nagle. Nie chciałam wam o tym mówić, ale policja go złapała, było o tym w wiadomościach, ponoć to jakiś konsilieri mafii. Biedaczek powiesił się w areszcie i nie doszli dla kogo pracował.

– Po prostu nie otwierajmy, może sobie pójdzie – zawyrokował naczelny, przerywając te ciekawe, acz  nie rozwiązujące ich problemu dywagacje.

Jednak nim redaktorzy Qfantu zdążyli zaakceptować ten genialny plan, skrzypnęła klamka i masywne drzwi od redakcji otworzyły się.

Stał w nich roześmiany Stefan Darda, przyjaciel kwartalnika i niezwykle uzdolniony debiutant, którego pierwsza książka „Dom na wyrębach” rozeszła się wielotysięcznym nakładzie, a niedawno wypuszczono drugie wydanie.

– Witajcie kochani – zawołał od progu. Zobaczył, nad czym jego kochani się pochylali i dodał – Co ona tu robi, przecież ją wywaliliście. I dlaczego leży na podłodze?

Naczelny traci grunt, Zuzanna dzieli się lekarstwem, a czas ucieka

11/24/2009 by

Problem wyglądał potężnie i to nie tylko dlatego, że był trupem. Był też członkiem redakcji, a ściślej mówiąc: była. Zarówno w sensie płci denata, jak i statusu.

− Zwalniasz czwartą osobę w tym roku… − Jacek wsadził sobie w usta papierosa i wyciągnął glocka. Lufę skierował niedbale w kierunku naczelnego. – I żadna nie opuściła redakcji o własnych siłach.

Naczelny zbladł i cofnął się o dwa kroki. Plecami zawadził o wysoki na cztery metry regał z czasopismami, przeciążone półki nie wytrzymały, runęły z potwornym rumorem, wzniecając tumany kurzu i grzebiąc szefa pod stertą papieru.

Tomasz ruszył w stronę żywego stosu makulatury, a Zuzanna w przeciwną. Jacek nacisnął spust, niebieski płomyczek zatańczył na końcu lufy, przytknął do niego papierosa i zaciągnął się głęboko.

− Kurwa, co za burdel! – Naczelny błyskawicznie odzyskał rezon. − Jacek, jeszcze raz mi wytniesz taki numer, będziesz sobie szukał roboty w cyrku! U nas nie ma miejsca…

− Przecież zakazałeś mi przynosić gnata do redakcji. Że niby robimy wrażenie jakiejś podejrzanej agencji, a nie poważnego pisma. To wziąłem zabawkę, bez tego czułbym się goły.

Zza regałów dobiegł podejrzany chichot Zuzanny.

− Pamiętacie, jak graliśmy w pokerka po drugim numerze? Cztery rozdania i Jacek był w samych szelkach, Tomek licytował gatki, tylko ja byłam ciągle w kreacji wieczorowej!

− Bo przyszłaś do redakcji ubrana jak na wyprawę do Arktyki. I to ty zaproponowałaś pokerka…

− Ale normalnego! – Zuzanna wyłoniła się z ukrycia i dyskretnie podsunęła Jackowi piersiówkę. − To Tomek wyskoczył, że skoro naczelny w delegacji, to szkoda sobie zawracać gitarę robotą. Ale pieniędzy też mu było szkoda… prawda, Tomeczku?

− Przypominam, że mamy trupa! – obiekt pomówień skończył otrzepywać naczelnego rozkładówką Playboya, przyjrzał się zdjęciu i dodał: − Z tym ciałem może być kłopot.

− Fakt… − Jacek odwrócił się i pociągnął z piersiówki. – Warunki ma, ale takie lale bywają kosztowne.

− Dom wariatów! Czyście pogłupieli już doszczętnie, nie mam w redakcji normalnych ludzi?! – głos Naczelnego zadudnił w pomieszczeniu. Ciągle siedział na podłodze wśród papierzysk. – Zdajecie sobie sprawę, że niedługo zaroi się tu od glin i wszyscy będziemy podejrzani?

− Ja mam alibi szefie – Zuzanna wyglądała na wcielenie niewinności. O ile wcielenia niewinności pochylają się nad uchem pracodawcy, zasłaniając dekoltem całe pole widzenia. – Wczoraj cały dzień wydzwaniałam, żeby załatwić ci pokój na Festiwalu Kryminału we Wrocławiu. – Pochyliła się jeszcze niżej i spytała szeptem: – Czemu nie chciałeś mieszkać w tym samym hotelu, co Jacek…?

− Cholera, ciszej. Żona zapowiedziała, że jak jeszcze raz wrócę z delegacji, a w walizce znajdzie stringi… Nie chciała jakoś uwierzyć, że on ma takie spaczone poczucie humoru i mi podrzucił.

− Ja poświadczę, jakby co – Zuzanna rzuciła scenicznym szeptem w stronę swojej, opróżnianej właśnie przez Jacka i Tomka, piersiówki.

− Niczego nie podrzucałem. – Właściciel glocka najwyraźniej odznaczał się doskonałym słuchem. – Pokojówki do dziś opowiadają sobie, że jak zespół Qfantu pojawił się w Krakowie, to nikt z gości oka nie zmrużył, a zabawa w chowanego w apartamencie prezydenckim…

− Ykhm…! – Naczelny zakaszlał i zerwał się z ziemi niczym fryga. – To nie ma nic do rzeczy, słuchajcie, mamy zwłoki!

− Świeże, zdaje się.

− Po czym to wnosisz? – spytał rzeczowo Tomasz.

− Po zapachu, a raczej jego braku.

Wszyscy równocześnie pociągnęli nosami.

− Stęchlizna, ale raczej nie fetor. – Tomasz skrzywił się i dla pewności potrząsnął piersiówką. – Dupa. Znaczy, chciałem powiedzieć, umarła dzisiaj.

− I jak przy poprzednich, znów brak wyraźnych śladów – Jacek kucnął nad ciałem i badał je metodycznie wzrokiem. – I nie zginęła tutaj. Spójrzcie na ułożenie ciała.

Ofiara leżała na wznak z rękoma splecionymi na brzuchu, w dłoniach trzymała resztki dopalonej świecy. Wielkie sople wosku zastygły na skórze, spływając kilkoma strumykami po ubraniu.

− Nikt nie kładzie się sam w taki sposób.

− Chyba, że wampir… – Zuzanna wzdrygnęła się i przywarła mocno do Naczelnego. – Zimno mi.

− Wampiry nie kładą się na e… spoczynek w redakcyjnym archiwum – zauważył rozsądnie Naczelny. – Jeśli już to w trumnie.

− Może zmęczona była po nocnych łowach i nie chciało się jej schodzić do piwnicy? – Tomasz lubił proste rozwiązania. – Tutaj też nie dochodzi światło słoneczne.

− Boże, z kim ja pracuję, za jakie grzechy?! Matko noc, uchlaliście się wszyscy? – Naczelny z niejakim trudem oswobodził się z objęć podwładnej i potoczył dookoła ciężkim wzrokiem. – Za pasem Qfantoeroticon, nowa szata magazynu, numer specjalny i kolejna edycja Horyzontów Wyobraźni. Jak policja zacznie nam tu węszyć…

− Pozamykają połowę redaktorów – dokończył obojętnym tonem Jacek. Zerknął przelotnie na Zuzannę. – I redaktorek. – Pstryknął glockiem, przypalając następnego papierosa. – I prędko nie wypuszczą, na każdego znajdzie się to i owo.

− Więc? – Naczelny przez dłuższą chwilę z uwagą studiował czubki swoich butów. Wreszcie podszedł do drzwi, wyjrzał na korytarz, potem przekręcił od środka klucz w zamku. – Co robimy?

Pisnęła komórka Zuzanny, wyjęła ją prędko i wcisnęła klawisz, nie patrząc na wyświetlacz. Jacek wypuścił kunsztowne kółko dymu, szary obwarzanek oddalał się powoli, tracąc kontury. Tomek zajrzał do piersiówki, westchnął i zakręcił ją starannie. Piotr zbliżył się do reszty towarzystwa, wszystkim zdawało się, że skrzypienie jego butów słychać w całej kamienicy.

− To co poprzednio…

Naczelny spada ze ściany, Zuzanna (nie) pisze erotyka a szafa jest oczywiście pełna

11/23/2009 by

To był jeden z tych pięknych dni, gdy nic się nikomu nie chce a czas jakby zwalnia i toczy się bezgłośnie w koleinie codzienności. Muchy srają, wybałuszając oczy, pająki kołyszą się na powietrznych swych huśtawkach a godziny rozpadają jak kule dmuchawca i ulatują chmarą minut w nicość.

Drzwi redakcji otworzyły się z hukiem. Ze ściany spadło zdjęcie Naczelnego. Naczelny podniósł głowę znad biurka. Pęknięta szybka wypadła z cichutkim brzękiem na walający się pod ścianą maszynopis. Pełno ich było, poustawianych w krzywe stosy niezamówionych tekstów, recenzji, nowych książek i starych numerów Playboya.

– Co to? – spytał, niespiesznie mieszając cukrem w herbacie. – Kogo diabli przynieśli?

– Przeciąg – odpowiedziała leniwie Zuzanna, pozorując pisanie opowiadania erotycznego, o które już się kilka razy upominał. Od lanczu przeszła już dwa levele Diablo i szła na rekord.

– Pociąg – westchnął tęsknie Tomasz, porządkując zdjęcia z Afryki.

– Pośpiech! – Jacek wszedł dziarsko, rzucił kapelusz (Fedora, a jakże) na wieszak i popukał w szkiełko zegarka. – No, ruszcie się.

– Po co? – Naczelny odchylił się na krześle i ziewnął. – Co jest?

– Czwarty. – Jacek zdusił papierosa w bułce z białym serem.

– Ta… – Naczelny nie bez uczucia urazy wydłubał peta. – Czwarty, i co?

Poprzednio był trzeci i się tak nie emocjonowałeś, Jack. Przyniosłeś artykuł o kwantowej teorii pola? – Zagadnął a propos, gdyż lubił porządek i dyscyplinę.

– Co? – Jacek rozpiął marynarkę a glock na szelce lekko odznaczył się pod ciemną tkaniną. Potoczył po nich chmurnym spojrzeniem. – Ale jest czwarty…

– Wiem. – Naczelny pracowicie oczyścił ser z popiołu i resztek tytoniu. – Wszyscy wiemy – dodał łagodnie i wywalił bułkę do kosza. – Czwarty.

– No, a potem będzie piąty i szósty… – Zuzanna zarąbała kolejnego nieumarłego. I jeszcze jednego. – I kolejny.

Kwiknęła radośnie, patrząc jak z beczek i kościotrupów sypie się złoto. Będzie mogła pohazardować u Elzixa. Stać ją!, pomyślała, napychając kieszenie kruszcem.

– Trup?

– Numer – sprostował Tomasz.

– Trup! – uparł się Jacek, wyciągając papierosa z paczki.

– Numer – powtórzył cierpliwie Naczelny, pokazując kalendarz z wielką, zakreśloną na czerwono datą. – W styczniu.

– Trup. W szafie.

Zuzanna oderwała wzrok od monitora. Tomasz upuścił słonia a Naczelny odchylił się w fotelu, uniósłszy brwi.

– Chcecie zobaczyć, czy zaczekacie na policję? – Jack przerwał ciszę. Nagle zerwali się ze swoich miejsc i rzucili na korytarz. Minęli pokój grafików, serwerownię, skręcili za sekretariatem, przecisnęli koło wielkiego fikusa czy filodendrona przy pokoju socjalnym, omal nie połamali nóg na ciasnych, wąskich schodkach prowadzących na strych i pchnęli skrzypiące drzwi do archiwum.

– No – powiedział Tomasz.

– No… – mruknęła Zuzanna.

– No! – chrząknął Jacek.

– No to mamy problem – podsumował Naczelny, spoglądając na zwłoki.

O nowym portalu i byciu kobietą

11/19/2009 by

Redakcja ostatnio przygotowuje wiele zmian, mamy nadzieję, że na lepsze. Najbardziej widoczną będzie zmiana wyglądu portalu. Portal zmieni się jeszcze w tym roku. Otrzymaliśmy piękne projekty od niesamowicie zdolnej Delfiny http://delfina.net.pl/portfolio.html Delfina, dzięki! 🙂
Naszym nowym pomysłem jest też dział, w którym pojawią się teksty o zabarwieniu erotycznym. Dział roboczo nazywamy 18+ lub qfantoeroticon. Mieliśmy dużo wewnętrznych dyskusji w redakcji, czy to w ogóle potrzebne? Nie chcieliśmy iść w porno czy traktować tego jako tani wabik. Ale uznaliśmy, że w literaturze jest miejsce na teksty nieco bardziej niegrzeczne i że chcemy takie publikować. Postanowiliśmy założyć ograniczenia w dostępie do tego działu dla postronnych (małoletnich) userów, ale jednocześnie już ostrzymy sobie zęby na pierwsze opowiadania 🙂
Osobiście nie mogę się doczekać opka Jacka Skowrońskiego, który podobno już ma gotowy tekst!

Tymczasem na qforum toczy się ognista dyskusja nad rolą cycków w literaturze 🙂 oraz nad bohaterkami kobiecymi, złymi, dobrymi i wybitnymi. Jeden z rozmówców zauważył, że wystarczy aby kobieta stała i wyglądała a już może stać się przyczyną wojny, której świat zawdzięcza Iliadę i poniekąd Odyseję 🙂

Wystarczy być.

Kobietą.

Qfantowe wieści

11/19/2009 by

Już jutro na qfant.pl druga część szczerego do bólu i ostrego jak skalpel wywiadu z Konradem T. Lewandowskim.

„Jebnę dechą od trumny”

Część 2  już w ten Piątek !!!


Byliśmy niedawno  (13-15 listopada) na lubelskim Falkonie. To już dziesiąta edycja, tej niesamowitej imprezy. Jak można nie zjawić się na urodzinach? Na kowencie byli obecni: Andrzej Pilipiuk, Jakub Ćwiek, Jacek Komuda, Rafał Kosik, Maja Lidia Kossakowska, Stefan Darda, Anna Brzezińska, Jacek Skowroński i wielu, wielu innych znananych i lubianych wydawców, pisarzy, krytyków, dziennikarzy. Ale tak naprawdę z największą przyjemnością przebywaliśmy wśród tych 1800 młodych ludzi, fanów książek, filmów i gier fantastycznych. Z ich oczu biła pasja. Powiadają, że młodzież jest coraz gorsza? Zapraszamy na konwenty, przekonają się, że to nie prawda. Relacja w QFANT już niedługo.

Dużo osób pyta się nas: Kiedy QFANT 4?

Odpowiadam: Qfant 4 ukaże się 1 stycznia 2010. Zmieniamy cykl wydawniczy na początkowe dni kwartału, a wiec musieliśmy niestety zrobić taki szacher macher. To będzie nam towarzyszyło na stałe.

W najbliższym czasie na portalu opublikujemy zajawki tekstów z 4 numeru, by umilić Wam oczekiwanie. Przypominam, że osoby zainteresowane  publikacją swojej grafiki powinny nadsyłać prace na adres redakcji z dopiskiem: grafika Qfant 4. W całym numerze będziemy prezentowali najlepsze grafiki, oraz tu niespodzianka, zamieścimy także kilka ramek mega zabawnego komiksu SF.

Dziś o 19:00 zbiera się Zarząd Kwartalnika. Będziemy dyskutowali i głosowali niezbyt przyjemne kwestie dyscyplinarne. Qfant to jedna rodzina, ale rodzina surowa i sprawiedliwa. Wspólnie pracujemy, wspólnie się bawimy, ale gdy ktoś przekroczy granicę, lub zawala robotę, to muszą go za to spotkać konsekwencje. Ogłoszenia dyscyplinarne już niebawem.

By nie kończyć niemiłą informacją, zdradzę, że na Falkonie poczyniliśmy pewne ustalenia (nie ma to jak spotkać się twarzą w twarz), które przybliżają tą wiekopomną (nie wiem o ile, ale przybliżają i urealniają)  chwile, gdy zaczniemy płacić autorom za ich teksty i grafiki. Szczegóły w przyszłym roku.

Pozdrawiam i zachęcam do śledzenia naszego bloga. Tylko na nim znajdziecie najświeższe wieści z Waszej ulubionej redakcji.

nieświęty ojciec mrok od literówek

Piotr Michalik