Archiwum autora

Nie wolno pluć na podłogę, za to można pić o której się chce a poza tym było i nie ma

01/18/2010

– Gdzie zwłoki? – Ocknął się z zamyślenia Naczelny, trącając stopą pustą butelkę po gruzińskim koniaku.
– Jakie? – Zuzanna wyjęła z wazonika cherlawe trzy tulipany i wypiła duszkiem wodę.
– Sztywne, a jakie?… – Naczelny zamknął oczy, styczniowy poranek oślepiał a redakcja wirowała, jak Chajzer na lodzie.
– Ale które? – Zuzanna wyjęła spomiędzy zębów kawałek łodygi i aż się wzdrygnęła ze wstrętu. – Fu, zielone…
– Właśnie! – Naczelny złapał się za głowę. – Pewnie już zielone! Gdzie?
– Wyplułam, a co? – Zuzanna rozejrzała się za czymś do picia. Na parapecie nie było, na biurku nie było, w szufladzie stukotało coś szklano i niewysłowienie próżno.
– Gdzieś ty wypluła? Zuzanna! – Naczelny poderwał się z wielkim krzykiem, podskoczył susem do niej i chwyciwszy za ramiona trząsł jak szmacianą kukiełką.
– Na… pod… ło… gę… – wystękała, unosząc kolano tak jak ją uczyli na kursie samoobrony. Naczelny pisnął.
– …łogę… – powtórzył jak echo.
– Zielone. – Zuzanna podniosła kawałek łodygi i wrzuciła do kieszeni wiszącej na oparciu krzesła marynarki. – Nie lubię, paskudztwo. Brokuły, szpinak, kapusta… – Przewróciła oczami i zasłoniwszy usta dłonią pobiegła do łazienki, zderzając się w progu z Jackiem.
– Co jej? – Obrócił się na pięcie.
– A ja wiem? – Naczelny udał, że na klęczkach szukał ołówka. Jeszcze trochę głos mu drżał, kiedy wstawał, trzymając się stołu. – Bab nie znasz? Chyba jest na diecie. Czy coś…
– Śniadanko? – Jacek wyjął zza pazuchy dwa pętka suchej krakowskiej, bochenek chleba krojonego i pół litra bałtyckiej.
– Już po dwunastej? – Naczelny spojrzał na zegar, zamknął prawe oko, spojrzał jeszcze raz, podciągnął spodnie, poprawił krawat i wysiorbał resztkę kawy z wczorajszych fusów.
– Już nie ma Peerelu, możemy pić kiedy nam się podoba. Jest demokracja! – Jacek pogrzebał w szufladzie Tomka. Lasso, mumia salamandry, stary pergamin, mumia kota, dwa metry lontu, mumia ibisa, sarepska, mumia głowy pawiana… A nie, to zmniejszona głowa tego Wiśniewskiego, co się w zeszłym roku plątał na praktykach…
– Nie ma keczupu – zameldował Jacek. – Sarepska jest.
– Dawaj. – Naczelny przestąpił nad Fauxem, zwiniętym w kłębek koło rododendrona i nakrytym rozłożonym numerem styczniowym. – Orze chłopak, jak może – powiedział prawie z czułością spoglądając na niego.
– To może by mu podwyżkę dać? – spytał Jacek ot, tak, dla podtrzymania rozmowy.
– A to my mu płacimy w ogóle? – Zdziwił się Naczelny.
– Chłopaki… – Zuzanna weszła do pokoju na palcach, blada i cicha jak strzyga z Wyrębów.
– No?, siadaj. Patrz, Jacek przyniósł zestaw młodego dziennikarza. – Naczelny napełnił literatkę po brzeżek. – No… Co tam? Zdrowie polskiej nacji w gardła redakcji…
– Zdrowie pegeerów, w gardła liderów! – dodał Jacek.
– Zdrowie kryminalistów w gardła… – zaczął Naczelny.
– Zwłoki. – Zuzanna zamachała rękami, przerywając im gwałtownie. Minę miała nietęgą. Spanikowaną wręcz.
– Zzieleniały… – Domyślił się Naczelny. – Wiedziałem, że tak będzie i nawet zima stulecia nam nie pomoże. Pieprzone globalne ocieplenie.
– Słuchaj, to jest dobry temat na felieton futurologiczny, wiesz? – Jacek zanotował pomysł na zatłuszczonym papierze od kiełbasy. – Albo powieść, wyobrażasz sobie, detektywistyczna… więc nasypało cholernie dużo śniegu i…
– Zniknęły. – Zuzanna podeszła, wychyliła całą literatkę jednym haustem i uzupełniła. – Były i nie ma.
– Jak w ruskim cyrku.

Zuzannie puszczają nerwy, Naczelny robi oczko szydełkiem i wyjawia się, kim jest kloszard

12/15/2009

– Dobra! Spokój mi tu! – Zuzanna złapała szczotkę na kiju i zaczęła wymachiwać wojowniczo. – Jazda! No, już! Fajrant! Won, do domu!
– Ale… co? – Naczelny wzruszył ramionami przenosząc zagubione spojrzenie ze stosu książek na pozostające nadal w całości zwłoki. Zwłoki byłej pracownicy i fałszywego policjanta.
– On!… – Zuzanna pokazała mu oczami kloszarda i zamrugała znacząco.
– Co on? – Naczelny pomógł jej wypchnąć wszystkich na zewnątrz i podparł drzwi. Teraz byli sami. Oni, książki, trupy i kloszard.
– Ja nie będę tego sprzątać – mruknęła, zaplatając ramiona.
Kloszard przyglądał się im obojgu przez dłuższą chwilę, w której panowało zasadniczo milczenie.
– Ja byłam grzeczna, to wszystko oni. Zmusili mnie. – Złamała się Zuzanna o wiele szybciej, niż Naczelny przypuszczał.
– Zdrajczyni – syknął z oburzeniem Naczelny.
– Inspirator! – odgryzła się Zuzanna. – To wszystko głównie przez niego… – pochyliła się ku kloszardowi i uniosła brwi. – Żebyśmy mieli jasność.
– Jasność? – Naczelny wyjął z kieszeni szydełko i dźgnął dziurkę od klucza. Ktoś wrzasnął dziko: moje oko! Oślepłem!
– Ciemność widzisz? – zainteresował się ktoś inny, mimo przytłumionych głosów, rozpoznali Dardę.
– Nic nie widzę! – wyjaśnił gwałtownie Faux.
Naczelny wyciągnął szydełko i wytarł krew w krawat.
– Myślałam, że to plamy z zupy pomidorowej… – westchnęła mimowolnie Zuzanna.
– Nie lubię pomidorowej. – Naczelny przekręcił klucz w zamku i podszedł do kloszarda. – Kopę lat, Mikołaj.
– Kopę lat. – Kloszard objął go, poklepał po plecach a potem wyciągnął z tylnej kieszeni spodni czerwoną czapkę obszytą mocno wyleniałym, białawym niegdyś futrem. – To, co mała? Usiądziesz Mikołajowi na kolankach?
– Myślałam, że… – Zuzanna trąciła nogą łydkę Gęsiny. – Nas rozpracowałeś.
– Rozpracowałem. – Mikołaj wyciągnął ze sflaczałego worka przytroczonego do paska cienką teczkę. – Ale możemy się dogadać.
– Ile chcesz za milczenie? – Naczelny przeszedł do konkretów, mało dyskretnie zerkając na zegarek.
– Nie chcę ani kasy, ani żadnych rzeczy… – Mikołaj potrząsnął workiem, który zabrzęczał obiecująco. – Wszystko mam. Prawie wszystko.
– Jasne. – Naczelny zerknął na Zuzannę i pokręcił głową. – W tym roku prezentów nie będzie.
– Rózga…?
– Tylko jeśli poprosisz, mała. – Mikołaj mrugnął, wsadził kciuki za pasek i oblizał wargi z obleśnym uśmieszkiem.
– Więc co? – Zuzanna ukryła niesmak.
– To psychopata. – Naczelny odciągnął ją w najdalszy kąt i szeptał prosto do ucha. – Znamy się z… nieważne zresztą. Wie wszystko o wszystkich. Ma tony akt na każdego z nas.
– A Jacek? – wyrwało jej się. Powinni go zawołać.
– Na Jacka najwięcej! – Naczelny przełknął ślinę. – Jacka trzymajmy od niego z daleka. Dwa trupy wystarczą.
– No tak… – zadrżała na myśl, że Jacek mógłby tak skończyć: na zimnej podłodze w ciemnym archiwum.
– Taaak. – Naczelny podrapał się w skroń z namysłem. – Jakby Jacek wykończył Mikołaja to byłaby międzynarodowa afera. I to tuż przed świętami… fiu! Musimy tego za wszelką cenę uniknąć.
– Za jaką cenę? – wydukała bezgłośnie, przyciskając dłoń do piersiówki, ukrytej na sercu.
Naczelny znieruchomiał a w jego źrenicach odbijało się coś czerwonego. Może płomienie? Może szaleństwo? A może wyświecona czapka Mikołaja? A może wszystko razem.

Narrator na końcu, dzwoni telefon a potem rusza karuzela

12/07/2009

– Następny? – westchnęła Zuzanna, podchodząc do drzwi. – Znając życie, narrator.
Narrator zadrżał i głośno przełknął ślinę a gardło miał suche, jak łzy Przewodasa wylane nad polskim fandomem.
– Narratora usuwa się na końcu! – pouczył Naczelny, wyjmując brzęczącą komórkę. Cwał Walkirii rozległ się w ciasnym pomieszczeniu. Narrator odetchnął z ulgą za to Naczelny przyklapł.
– O matko noc. Znowu on… – Przewrócił oczami, naciskając zieloną słuchawkę.
– Kto? – Zuzanna zerknęła na Jacka, ale ten z kolei był wciąż zajęty pozbawianiem Łasic broni (gdzież ona to wszystko zmieściła?, pomyślała Zuzanna o hałubicy). Narrator korzystając z chwili nieuwagi postanowił umknąć i złapał za klamkę.
Ledwo nacisnął, coś się na niego zwaliło, wpadło do pokoju, pchnęło ich wszystkich pod ściany.
– Co, w… – Naczelny wygramolił się z wielkim trudem spod sterty. – Co za bajzel?
– Karuzela – krzyknęła Zuzanna, podnosząc książkę. Przesylabizowała (bo z czytaniem to u niej było krucho, twierdziła, że to przez astygmatyzm, ale reszta redakcji twierdziła, że ma wrodzony analfabetyzm i właściwie dziwne, że została redaktorką – tu Narrator wyczuł kolejną zagadkę do wyjaśnienia) tytuł: „Świąteczna podróż”, czknęła dystyngowanie i odrzuciła tomiszcze za siebie.
– Kur!… piowskie wycinanki… – wystękał Faux, rozcierając guza. – Skąd tu tyle książek?!
– Muszę kończyć – sapnął Naczelny do słuchawki, która rozdzwoniła się, jak tylko schował ją do kieszeni.
– Karuzela? – wysapała Łasic, siedząc okrakiem na Jacku. Zepchnęła z siebie „Mroczny dom” i dodała zmysłowo, aksamitnie: – Masz gaśnicę proszkową w kieszeni, czy naprawdę się ucieszyłeś na mój widok?
Jacek przesunął papierosa z lewego kącika warg do prawego i bez słowa wyciągnął spod niej kolejną książkę.
– „Peanatema”? – Przeczytała i wzruszyła ramionami.
Wszyscy spychali z siebie książki, całe hałdy książek.
– Cholerny konkurs! – warknął Naczelny. – Do świąt ma mi to wszystko zniknąć!
– Ta je! – zasalutowała Zuzanna, gramoląc się niezgrabnie. Odrzucała kolejne tomy, dość przypadkowo ale mimo to zadziwiająco celnie trafiając co niektórych kolegów i zwłaszcza jedną koleżankę to w skroń, to w kolano, to w łokieć. – Czyli co?
– Czyli od jutra rusza qfantowa Świąteczna Karuzela Książkowa! – wrzasnął Naczelny, odbierając komórkę – NIE! MOGĘ! TERAZ! ROZMAWIAĆ!
Komórka poszybowała przez okno, które było najpierw zamknięte a teraz wybite.
– No, ale co z tym? – Zuzanna oparła się o ścianę, zastanawiając się, czy to świat tak wiruje, czy jej się w głowie kręci (ale po czym?!). – Z tym? – Zatoczyła ręką wkoło i straciła równowagę.
– Rozdamy! – Naczelny zdusił w sobie mordercze instynkty i zwrócił się bezpośrednio do Czytelników – Więcej na http://www.qfant.pl, szukaj konkursu Świąteczna Karuzela Książkowa. Do wygrania ponad 30 książek.
– O, kurde! – zawołali Czytelnicy, przyglądający się do tej pory wydarzeniom dość biernie i z pewnym znudzeniem. – Zajebi…
– DBAJMY, KURWA, O PIĘKNO JĘZYKA! – przerwał im Ponury Kosiarz, grożąc kosą. Po czym dodał – NO CO? SĄ TRUPY, JESTEM I JA. CHYBA WYKUPIĘ U WAS ABONAMENT.
– Amen – podsumował Narrator ten spontaniczny i niezaplanowany wpis.

Naczelny się spieszy, Thana ma wizje, Lau zapowiada gościa i wszyscy chcą kserować

12/01/2009

Naczelny wyszedł z archiwum, ostrożnie zamykając za sobą drzwi. Chwilę stał na progu. Nasłuchiwał. Gdyby w półmroku pustego, zakurzonego podestu ktoś stał, zobaczyłby dziwnie surowy i mroczny grymas na jego jowialnej zwykle, rumianej twarzy. Zwinnie i cicho jak kot przeskoczył kilka stopni.
– Thana! A co ty robisz? – Zatrzymał się gwałtownie, widząc jedną z korektorek, stojącą z naręczem tekstów przy dystrybutorze wody. Patrzyła na pięciolitrowy pojemnik zielonkawej cieczy, w której melancholijnie pływał niewielki głowonóg.
– Co? – Odwróciła się z nieobecnym spojrzeniem, które błądziło teraz po ścianie. Ścianę pokrywał fantazyjny wzór zacieków i grzyba, porastającego mury. Naczelny jednak od zawsze miał wrażenie, że ten wzór przypomina jakąś pradawną mapę prowadzącą w sekretne miejsca. W inne czasy, inne światy. – Czy to nie oczywiste?
– Co? – spytał, mimo pośpiechu, który gnał go na miasto. Musiał wyjść z redakcji nie tylko po piłkę do trupa a czasu było coraz mniej. Zerknął na zegar z kukułką wiszący nad recepcją.
– Wszystko! – odparła, poprawiając pakunek w ramionach. Kartki z wierzchu zaczęły się ześlizgiwać. Będzie burdel, pomyślał. Nie mam na to czasu – dodał, starając się ją wyminąć. Otworzyła szeroko oczy i ze zdumieniem odkrył, że przelewają się wypełnione czymś… czymś… jakby płynnym srebrem. Głos korektorki obniżył się o kilka oktaw, prawie tak nisko, że zamiast dźwięków wydawała z siebie drażniące ucho charczenia i zgrzytliwe jęki. – Jakiś potwór tu… nadchodzi. Strzeż się tej, co… trzyma… trzyma… – Zacięła się i wywróciła białkami. Kartki z naręcza tekstów sypały się wokół.
– Co? Co trzyma? – Świecę, odpowiedział sobie w myślach. Gromnicę!, sprecyzował.
– Ko… ko… – rzęziła Thana, drżąc cała.
– Kopytko? – Próbował jej pomóc. – Koszulę?
– Ko… ooo…
– Koguta? – Też jej się zebrało na jąkanie. Jakżeż to szło?, weźnij czarno kure? – Kominiarza?
– Ko… – wychrypiała ostatnim wysiłkiem, nim opadła zupełnie z sił. – …szyczek.
– Szyczek… – powtórzył, przeciągając głoski. Nagle odczuł całą grozę sytuacji. Spojrzał na sufit, jakby mógł prześwietlić go promieniami X i skinął kilkakrotnie głową. Coś stuknęło głucho, coś ciężkiego wypadło na podłogę, aż zadrżał pojemnik z wodą i głowonóg ze strachu popuścił smużkę sepii.
– Szefie! Szefie! – Lau pociągnęła go za rękaw. – Ktoś do ciebie.
– Kto? – Otarł pot z czoła. Thana uśmiechnęła się i kucnęła, żeby pozbierać papiery. Rozejrzał się. W recepcji na kilku niewygodnych krzesełkach siedziało trzech autorów, debiutantów. Rozpoznał ich po pełnych nadziei twarzach i niespokojnych dłoniach, ściskających jeszcze ciepłe ćwierćryzy, dopiero co wyjęte z domowych drukarek. Między nimi spał drewniany bóg z miastem Ur na głowie a pod zegarem stał…
– Potwór… – wyszeptał.
– Starszy aspirant Gęsina – powiedziała Lau. – Koniecznie chce się tobą widzieć.
– Weź go do konferencyjnej. – Polecił, zerkając na zegarek. Piłka do trupa! Piłka do trupa!… kołatało mu w głowie. – Zaraz przyjdę.
– To zajmie tylko chwilę… Witam! – Aspirant Gęsina podszedł do Naczelnego z wyciągniętą dłonią. Miał mocny uścisk i błękitne, szczere oczy. Uśmiechał się szeroko a w policzku zrobił mu się sympatyczny dołek. – Gęsina!
– Naczelny. – Odpowiedział równie zdecydowanym i pewnym siebie uściskiem.
– Vampyromorphida, ciekawy okaz.
– Co?… Vampiromorfi… Gdzie?
– Nie jest jej za ciasno? – Policjant podszedł do dystrybutora Dar Katowic i popukał w plastik. Głowonóg wybałuszył oczy z wysiłku, ze wszystkich sił pompując sepię. Wkrótce znikł cały w ciemniejącej cieczy.
– Może ciasne, ale własne – odezwała się filozoficznie Thana, wstając. Przytrzymywała papierzyska brodą.
– Pomóc?
– Popro… – Umilkła pod gromiącym spojrzeniem Naczelnego. – Poradzę sobie! Dziękuję… – I poszła, obijając się od ścian i szaf zastawiających wąskie korytarzyki.
– No właśnie. – Naczelny chrząknął, przywołując Gęsinę do rzeczywistości, bo za bardzo się zapatrzył.
– Śliczna dziewczyna! – westchnął, podnosząc brwi.
– Zajęta! – Huknął Naczelny, zerkając na kukułkę. – Przepraszam, ale też jestem trochę… w tym, tam… niedoczasie. O co chodzi?
– Wolałbym… – Gęsina potoczył wzrokiem po redakcji. Naczelny udał, że nie widzi tych wszystkich oczu spoglądających ze szpar w drzwiach i przez dziurki od kluczy. Pod pobliskim kibelkiem utworzyła się kilkuosobowa kolejka złożona głównie z grafików. No tak. – Na osobności.
– Może tu? – Naczelny pchnął drzwi i weszli do kserorumu. Było tu bardzo ciasno a pomieszczenie, prawie w całości wypełnione wielką maszyną, oświetlała smętnie zwisająca z niskiego sufitu goła żarówka dwudziestowatowa.
– Au! – Gęsina stęknął, gdy Naczelny domykając drzwi stanął mu na stopie.
– Pardon! – powiedział Naczelny, obracając się. Zawadził przy tym łokciem o żebra Gęsiny. – Jesteśmy na osobności.
– Mogę? – Drzwi otworzyły się i do środka zajrzała DT.
– Zajęte – wysapał Naczelny, stając piętami na palcach aspiranta.
– Ale ja tylko dwie kartki… – DT zaczęła się wpychać do środka, zdmuchując z czoła uroczy kosmyk włosów. – Ksero… – wyszeptała prawie bezgłośnie, trzepocząc rzęsami w kierunku Gęsiny.
– Później! – Zdenerwował się Naczelny i zaczął ją wypychać na zewnątrz.
– Skończyłaś? – Pisnęła mu nad uchem Anna.
– Gdzie się pchasz? – zapytał retorycznie, bo Anna, szczupła i wiotka już właściwie była w środku, miażdżąc mu twarz trzymanym nad głową tomiszczem.
– Tylko minutka! – zaszczebiotała słodko. – Muszę skserować!
– Przecież to ksero nie działa! – Naczelny byłby tupnął, gdyby mógł.
– To ksero nie działa! – poskarżyła się równocześnie DT.
– Bo nigdy nie działało! – Naczelny policzył szybko w myślach do jednego. Od dziesięciu wstecz. Po starocerkiewnosłowiańsku. – Od nowości! – Przejechał palcem po pokrywie podajnika. Gruby kłak ponad dwuletniego kurzu zaczepił się o paznokieć.
Dziewczyny popatrzyły na siebie. Naczelny miał dość. Co za cyrki!
– Pająk! – wrzasnęła nagle Anna, przytulając się do szerokiej, umundurowanej piersi aspiranta.
– Cholera… – westchnęli głośno, wspólnie, Naczelny, Gęsina i DT, każde z innych powodów.
Na górze, w archiwum znów coś łupnęło o podłogę. W zapadłej nagle ciszy usłyszeli tupot, szuranie i zduszony głos: ale ta krew się spierze?…

Naczelny spada ze ściany, Zuzanna (nie) pisze erotyka a szafa jest oczywiście pełna

11/23/2009

To był jeden z tych pięknych dni, gdy nic się nikomu nie chce a czas jakby zwalnia i toczy się bezgłośnie w koleinie codzienności. Muchy srają, wybałuszając oczy, pająki kołyszą się na powietrznych swych huśtawkach a godziny rozpadają jak kule dmuchawca i ulatują chmarą minut w nicość.

Drzwi redakcji otworzyły się z hukiem. Ze ściany spadło zdjęcie Naczelnego. Naczelny podniósł głowę znad biurka. Pęknięta szybka wypadła z cichutkim brzękiem na walający się pod ścianą maszynopis. Pełno ich było, poustawianych w krzywe stosy niezamówionych tekstów, recenzji, nowych książek i starych numerów Playboya.

– Co to? – spytał, niespiesznie mieszając cukrem w herbacie. – Kogo diabli przynieśli?

– Przeciąg – odpowiedziała leniwie Zuzanna, pozorując pisanie opowiadania erotycznego, o które już się kilka razy upominał. Od lanczu przeszła już dwa levele Diablo i szła na rekord.

– Pociąg – westchnął tęsknie Tomasz, porządkując zdjęcia z Afryki.

– Pośpiech! – Jacek wszedł dziarsko, rzucił kapelusz (Fedora, a jakże) na wieszak i popukał w szkiełko zegarka. – No, ruszcie się.

– Po co? – Naczelny odchylił się na krześle i ziewnął. – Co jest?

– Czwarty. – Jacek zdusił papierosa w bułce z białym serem.

– Ta… – Naczelny nie bez uczucia urazy wydłubał peta. – Czwarty, i co?

Poprzednio był trzeci i się tak nie emocjonowałeś, Jack. Przyniosłeś artykuł o kwantowej teorii pola? – Zagadnął a propos, gdyż lubił porządek i dyscyplinę.

– Co? – Jacek rozpiął marynarkę a glock na szelce lekko odznaczył się pod ciemną tkaniną. Potoczył po nich chmurnym spojrzeniem. – Ale jest czwarty…

– Wiem. – Naczelny pracowicie oczyścił ser z popiołu i resztek tytoniu. – Wszyscy wiemy – dodał łagodnie i wywalił bułkę do kosza. – Czwarty.

– No, a potem będzie piąty i szósty… – Zuzanna zarąbała kolejnego nieumarłego. I jeszcze jednego. – I kolejny.

Kwiknęła radośnie, patrząc jak z beczek i kościotrupów sypie się złoto. Będzie mogła pohazardować u Elzixa. Stać ją!, pomyślała, napychając kieszenie kruszcem.

– Trup?

– Numer – sprostował Tomasz.

– Trup! – uparł się Jacek, wyciągając papierosa z paczki.

– Numer – powtórzył cierpliwie Naczelny, pokazując kalendarz z wielką, zakreśloną na czerwono datą. – W styczniu.

– Trup. W szafie.

Zuzanna oderwała wzrok od monitora. Tomasz upuścił słonia a Naczelny odchylił się w fotelu, uniósłszy brwi.

– Chcecie zobaczyć, czy zaczekacie na policję? – Jack przerwał ciszę. Nagle zerwali się ze swoich miejsc i rzucili na korytarz. Minęli pokój grafików, serwerownię, skręcili za sekretariatem, przecisnęli koło wielkiego fikusa czy filodendrona przy pokoju socjalnym, omal nie połamali nóg na ciasnych, wąskich schodkach prowadzących na strych i pchnęli skrzypiące drzwi do archiwum.

– No – powiedział Tomasz.

– No… – mruknęła Zuzanna.

– No! – chrząknął Jacek.

– No to mamy problem – podsumował Naczelny, spoglądając na zwłoki.

O nowym portalu i byciu kobietą

11/19/2009

Redakcja ostatnio przygotowuje wiele zmian, mamy nadzieję, że na lepsze. Najbardziej widoczną będzie zmiana wyglądu portalu. Portal zmieni się jeszcze w tym roku. Otrzymaliśmy piękne projekty od niesamowicie zdolnej Delfiny http://delfina.net.pl/portfolio.html Delfina, dzięki! 🙂
Naszym nowym pomysłem jest też dział, w którym pojawią się teksty o zabarwieniu erotycznym. Dział roboczo nazywamy 18+ lub qfantoeroticon. Mieliśmy dużo wewnętrznych dyskusji w redakcji, czy to w ogóle potrzebne? Nie chcieliśmy iść w porno czy traktować tego jako tani wabik. Ale uznaliśmy, że w literaturze jest miejsce na teksty nieco bardziej niegrzeczne i że chcemy takie publikować. Postanowiliśmy założyć ograniczenia w dostępie do tego działu dla postronnych (małoletnich) userów, ale jednocześnie już ostrzymy sobie zęby na pierwsze opowiadania 🙂
Osobiście nie mogę się doczekać opka Jacka Skowrońskiego, który podobno już ma gotowy tekst!

Tymczasem na qforum toczy się ognista dyskusja nad rolą cycków w literaturze 🙂 oraz nad bohaterkami kobiecymi, złymi, dobrymi i wybitnymi. Jeden z rozmówców zauważył, że wystarczy aby kobieta stała i wyglądała a już może stać się przyczyną wojny, której świat zawdzięcza Iliadę i poniekąd Odyseję 🙂

Wystarczy być.

Kobietą.