Archiwum autora

test

04/03/2010

Reklamy

Demonimrok, czyli tragifarsa w 3 aktach

02/17/2010

Akt 1

Scena 1

Wielki hol wyłożony granitem. Wysoki, barczysty mężczyzna stoi oparty o kolumnę. Ma na sobie czarny płaszcz i ćmi w zębach peta. Winda robi ding dong. Wysiada z niej niski, krótko ostrzyżony brunet. Rusza sprężystym krokiem przez hol.

DEMON
Gdzie zmierzasz przyjacielu?

MROK
Zapytaj lepiej skąd przychodzę, ognisty kolego.

DEMON
A wiec pytam?

MROK
Nie pytaj nawet.

DEMON
Jak więc mam się dowiedzieć, skoro wzbraniasz dociekań.

MROK
Numer czas zamykać przyszło. Debata była burzliwa, ażem gardło zdarł do cna.

DEMON
Nudzą mnie zgromadzenia. Decyzja podjęte stadnie, są niczym konsylium lekarskie. Pacjent umiera w gwarze ich kłótni o to kto ma racje. Potem debatują nad stygnącym ciałem, któż był bliższy poprawnej diagnozy, a który przyczynił się do zgonu.

MROK
A wiec mamy losować rozwiązania, czy może poddać się dyktatowi jednostki?

DEMON
Nie dyktatowi, lecz osądom autorytetu, który widzi prawdę i umie z niej wyciągnąć wnioski.

MROK
Jak zwał, tak zwał, on mówi, oni słuchają, to definicja pachnąca tyranią. Na szczęście te czasy już minęły. Mamy demokracje i pluralizm.

DEMON
O tak, każdy może do woli kraść i pluć.

MROK
Z różnorodności poglądów rodzi się postęp.

DEMON
Racja, najpierw musi być chaos, by wyłonił się  niego porządek. Ale przyjacielu, ale spójrz, któż ku nam się zbliża, od strony schodów?

MROK
Sylwetka znajoma, aczkolwiek oczom swym nie wierzę. Toż to Joanna, śnić chyba muszę.

DEMON
Ale przecież sam mi mówiłeś, że martwa jest ona? Czyż to nie tę dziewoję w mroku szafy skryliście?

MROK
W rzeczy samej, lecz widać z martwych wstała. A mówiłem kryminaliście Skowronowi, że grób za płytki wykopał. Jej przeznaczeniem karmić robaki, takie białe z czarnymi oczkami, a nie spacerować holem redakcji. Idzie ku nam. Cóż robim?

DEMON
To twoja niezdarna kompania sknociła pochówek, a i mord jak widać, nie całkiem wam też wyszedł.

MROK
Jarosław, Fauxem zwany kołka pożałował, ech ja mu ten kołek na głowie wyciosam.

DEMON
Na przyszłość zlecaj mi takie zadania. Tanio się nie cenię, ale po wyjściu z moich dłoni, pannica, która do nas tak ochoczo bierzy, stałaby w betonowych butkach na środku jakiegoś jeziora i rybkom służyła za latarnie podmorską, a głowę ku przestrodze nadziałbym na iglice pałacu kultury.

MROK
W budżecie Qfantu nie ma rubryki, honoraria dla socjopatów z kompleksem boga.

DEMON
I jak widać szkoda?

JOANNA
Elo chłopcy, co słychać, „mis mi”?

MROK (szeptem)
Nie odzywaj się do niej, to może nas nie zauważy. To elo nic nie znaczy, może to jakiś tik nerwowy.

DEMON (również szeptem)
Ten plan ma wiele wad, a głównie taką, że już nas wypatrzyła, co nie jest trudne bo stoi dwa kroki przed nami. Z bliska jest jeszcze większa.

JOANNA
Cóż tam szepczesz diabelski pomiocie?

DEMON
Wspominam przyjacielowi o wielkiej niedźwiedzicy, którą ostatnio spotkał w lesie. Wielkie bydle, pysk jak zad konia, tyle że z zębami. Łapska potężne z ostrymi pazurami.

JOANNA
Nudna ta opowieść panie czorcie.

DEMON
Ale słuchaj waćpanna dalej. Wyciągnąłem więc flintę, mierze w bydlaka i czekam aż podlezie. Przyczłapał ochoczo, gdym mu zamajtał mięsiwem przednim, jak płachta na byka. Podlazł blizy, a wtedy jak nie wypale z obu luf w skurczybyka.

JOANNA
I cóż było dalej, skoro musisz już nudzić, dokończ.

DEMON
Zwierzak stoi jak stał, a ja z pustą strzebą. Ruszył na mnie wściekle, głośno krzycząc gębą.

JOANNA (z przestrachem w oczach)
Zakatrupił zapewne waćpana biedny misio, by zjeść, lub zanieść innym głodnym misiom.

MROK (pod nosem)
Cóż za umysł brzytew, któremu tylko uroda dorównać może

JOANNA
O drugi mruczy, to jakaś zaraza? Mów waść głośniej lub zamilcz.

DEMON
Kolega wzruszony, że waćpannę widzi i dlatego mówić mu ciężko.

MROK (z sykiem)
Zginiesz za to PRZYJACIELU

JOANNA
Jak miło, a ja myślała, żem peron niengratna (sic!) w redakcji. Trzy nowie błąkałam się po bagnach, jedząc małe zwierzątka boże, tu myszka, tam żmijka, czasem żabka. A tu się okazuje, że zrozumieliście swój błąd. Przeproście, a wrócę do akcji.

MROK (szeptem)
Królestwo za łom lub czekan, może być siekiera. A zresztą nie trzeba. Ręce jeszcze władne, gołymi ją zaduszę, skrócę świata katuszę, każdy sąd mnie obłaskawi.

DEMON
Poczekaj przyjacielu, niech zabawa trwa.

MROK
Moim kosztem, szatanie bawić się zamierzasz?

DEMON
Zawszem rad polować na grubego zwierza z przynętą.

JOANNA
Przeprosicie, wrócę. Wróciłam do miasta, będzie trzy dni temu. W multikinie już byłam, łez naroniłam.

DEMON
A na czymże to waćpanna tak się nawzruszała?

JOANNA
Widział acan Zmierzch?

DEMON
Tysiące razy, co ja mowie tysiące, dziesiątki tysięcy.

JOANNA
O, pokrewna dusza, widzę, że nie doceniałam pana Dariusza. I jak wrażenia?

DEMON
Zmierzch, jak zmierzch, ale wolę świt. Popołudnie, sobie chwalę równie mocno, bo sjesty mogę zażyć, usiąść i pomarzyć.

JOANNA (sama do siebie)
Nie znam tych części, o ja nieboga. Zmiana tematu, poznać po sobie dać tego nie mogę.

(do demona)

A Awatara, widział nasz demoniszcze. Czyż Cameron to nie mistrz nad mistrze?

DEMON
Wyszedłem w połowie, zdzierżyć dłużej nie mogłem.

MROK
Czemuż to?

DEMON (śmiertelnie poważnym głosem)
Temu człowiekowi brak szacunku do widza. Dziełem tak niedoskonałym, dwudziesty pierwszy wiek zawstydza. Inni techniką go o milenia odsadzają, a przynajmniej Blue Screen lepiej ukrywają. A w Awatarze, co drugi to niebieskawy, dobrze że kolor mu się udało dobrać do trawy.

JOANNA
A ja myślałam, iż to jest zamierzone?

MROK
Zastrzelił by się człowiek, gdyby miał taką żonę.

DEMON
Nie słyszała waćpanna, fundum Cameronowi odcięli i kazali skończyć film do następnej niedzieli. Bajeczke o niebieskich stworkach ukuł na prędce, a biednego widza od klaskania bolą ręce.

JOANNA
Nie może być. Mów kochanieńki dalej, napisze artykuł o tym do Qfantu, oczywiście gdy przeprosiny usłyszę.

MROK
Nie zniosę tego dłużej i w ciele swoim z rozpaczy sztylet zanurzę.

DEMON
O, Waćpanna przecieka, o tu kolo tej mięsistej nogi.

MROK
W istocie rzeczy, niszczy nam podłogi.

JOANNA
To ektoplazma

MROK
Co?

JOANNA
Zabiliście mnie, wiec jakie inne ciało może skrywać mą zranioną duszę?

MROK
Czyli żeś duch? Straszydło, zmora. Teraz wszystko jasne. Nie chcesz, jadła napoju…

JOANNA
Daruj sobie te bzdury. Tym razem się mnie tak łatwo nie pozbędziecie. Nie jestem jakaś tam dziadowską zjawą, lecz pełnowymiarową ektoplazmową sumienia naprawą.

DEMON (skręca się ze śmiechu)
A to macie ambaras kochani redaktorzy, trupa dziewoi zakopaliście, a duch wam ożył.

MROK
Trzeba zebrać cała redakcję. Może się uda zażegnać tą tragiczną sytuacje.

Biegnie w kierunku windy, duch Joanny sunie za nim. Demon śmieje się do rozpuku, dopala peta, gasi go butem na posadce i idzie w przeciwnym kierunku, co chwila chichocząc.

CHÓR (zawodząc)
Biada wam biada o mordercy. Krążyć po redakcji będzie duch zagubiony, aż wasz grzech nie zostanie odkupiony. Do tego czasu od maja do maja, strzeżcie przed akumulatorami swoje….


To była scena pierwsza tragifarsy w trzech aktach: Demonimrok

Następna już niebawem.


Wszystkie przedstawione postaci i wydarzenia są fikcyjne. Wszelkie zbieżności z rzeczywistością są niezamierzone i przypadkowe

Urlop naczelnego

01/25/2010

Dziś pierwszy dzień urlopu Naczelnego, zwanego wśród swoich Padre Mrok.

Nie udał się oczywiście na wypoczynek, o nie,  lecz z misją bojową.

Zadanie: Napisać 200 stron powieści,
Czas: 14 dni i nocy
Nazwa kodowa: Ściśle tajna

Dzień 1

Padre Mrok zgłasza się na służbę jej Wysokość Weny

W poszukiwaniu natchnienia użył najnowocześniejszego sprzętu,


oraz nowatorskich metod badawczych.


Po kilku godzinach przyszła chwila zwątpienia,
a nawet odrobina szaleństwa.

I wtedy nastał świt twórczy, wprowadzając harmonię.


Wtem ktoś załomotał do drzwi.
– Piotrek zjesz obiad?
Tym razem to był klon jego żony, ale on nie dał się nabrać.
– Hasło? – zawarczał celując w zamknięte drzwi z wiernego Colta Pythona 757.

– Bo wystyg…- BAAAM BAAM BAM
Padre nie okazał litości wrogowi Weny.
Pal licho drzwi, dziurę zaklei się tekturą.


Wrócił do pracy, w prawicy  wciąż ściskając gnata.
Gdzieś tam czaiły się klony sąsiadów, a może i matki?


Po kilkunastu godzinach był pełen dumy.
Spełnił swój obowiązek.


I nadszedł czas sjesty.

Jutro kolejny dzień służby.

Oby równie udany.


O alergii naczelnego i świątecznym zamieszaniu.

12/24/2009

Odcinek by Łasic

Michalik przestąpił próg redakcji i kichnął gwałtownie. Raz, drugi, trzeci.
– Nie na wodę! – gromki, radosny chór sprawił, że zadrżały futryny.
– Oj, nie, oj nie… – Przetarł załzawione oczy i spostrzegł, że cała ekipa porozstawiała się pod ścianami, jak na plutonie egzekucyjnym. – A wy co?
Ktoś uniósł palec ku górze i wskazał sufit, cały jemiołą przystrojony. Michalik wrzasnął jak oparzony, cofnął się za próg.
– Kto był taki mądry?
Zapadła cisza, dziwna cisza, zwykle gdy trzeba zakablować na kogoś, przepychają się łokciami, tratując się nawzajem.
– Pozdejmować mi to! Nie będzie całowania gdzie popadnie, od tego jest kseroroom! No już mi to pozdejmować!
– Ekhm… nie da się. Łasic zabrała drabinę.
– Łasic! – wrzasnął – wiedziałem, że to twoja sprawka. Gdziekolwiek jesteś, wyłaź i oddaj drabinę.
– Nie mogę – dobiegło gdzieś z głębi domu – ubieram choinkę!
Ekipa westchnęła i wszyscy na raz plasnęli się otwartą ręką w czoło.
– Ktoś jej mówił, że to tajemnica i że ma siedzieć cicho? – zapytał Tomek. Chciał odpalić papierosa, pomacał po kieszeniach i znów westchnął ciężko – znów nie oddała mi zapalniczki. Jacek?
– Moją zgubiła dziś rano.
– Pięknie. No jak, powiemy mu?
Po pokoju przeszedł szmer, ktoś chrząknął, inny ktoś zaśmiał się nerwowo.
– Chcemy mieć gwiazdkę w Qfancie! – wystąpiła Lan przed szereg, po czym cofnęła się z powrotem pod ścianę. Nie ma mocnych, jemioła pod sufitem wisi i grozi.
Michalik kichnął.
– Nie na wodę! – dobiegło z góry. Z dachu jakby.
– Kto jest na dachu?!
– Faux robi oświetlenie. Podpatrzeliśmy w telewizji.
– Zabraniam!
– Skończyłem! – z góry dobiegł wesoły głosik.
– Co was napadło, dlaczego mi to robicie?! Dobrze wiecie, że mam alergię na święta. Męczę się okrutnie, kicham. Czy ja wam coś zawiniłem, czy naprawdę jesteście tak bezwzględni i cyniczni? – zadał te retoryczne pytanie i załamał się kompletnie. Kichnął i sam powiedział: nie na wodę.
– Oj, my tylko chcemy prezentów – mruknęła Zuzanna, przewracając oczami. – To chyba jasne.
– Pazerniaki!
– Wcale nie. Mamy coś dla ciebie. Prezent – niespodziankę.
– Taaak? – ucieszył się naczelny – Co? Powiedzcie, co?
– Nie powiemy!
– Girlandę czosnku przeciw wampirzycom! – dobiegło z głębi domu.
– Łasic! – westchnęli wszyscy.
Michalik rozpromienił się.
– Przeciw wampirzycom? Och, to naprawdę… potrzebne. W sensie, nie musieliście, to znaczy, dobrze, że macie tak fachowe podejście do zagadnienia, jestem dumny i szczerze mówiąc…
– To możemy?
Machnął ręką. Spróbował się nie uśmiechnąć.
– Pozdejmujcie mi tylko te zielsko z sufitu.
Jacek i Tomek wyciągnęli zza pleców karabiny maszynowe. Po kilku seriach, sufit był czysty, a podłoga zielona.
– No, tylko… powiedzcie, co zamierzacie. Muszę wiedzieć i psychicznie się przygotować.
– No, gdzie te wazy z ponczem? – zapytał Faux, fosforyzując jeszcze. Nie bawił się w elektryczne światełka. Kupił za bezcen świecący w ciemnościach sznur od bazarowego kupca ze wschodnim akcentem.
– Wazy? – zdziwił się nieco naczelny, porządkując w myślach wiedzę na temat świąt.
– Dwanaście, jak każe tradycja – wyjaśniła Lan, wręczając każdemu chochelkę.
Michalik kichnął.
– Nie na wodę!
– Oj, chyba nie… – mruknął, zanurzając chochlę w wazie. – No, to jak to tam… wesołych. Się mówi wesołych, nie? No to wesołych. No, pijcie sobie, bawcie się.
– Choinka się pali! – poinformowała Łasic beztrosko.
– To trzeba zgasić – doradziła Zuzanna. – Albo zostaw, będzie cieplej.
– Wesołych, wesołych… – mruczał Michalik, nieco pod wpływem voltów, otumaniony lekko aromatem pomarańczy i goździków. Kichnął. Cieszył się z girlandy czosnkowej, ale bardziej cieszył się na myśl, że te wolne każe im odpracować pierwszego maja. Albo… pierwszego stycznia! Słodka zemsta jest.

ps od naczelnego. Korekta na urlopie (odpracują 1 maja), więc odcinek mógł być (ale nie koniecznie) nie całkiem ortodoksyjny interpunkcyjne.

Tymczasem… nieco później – Czyli naczelny stawia ultimatum, klasyk powoduje histerię, a Orlicz staje w obronie szwagra.

12/19/2009

Szum zgromadzonych na widowni wielkiej auli zamilkł, gdy na środek tonącej w półmroku sceny wpłynął wychudzony, starszy mężczyzna w purpurowym płaszczu. Zawisł metr nad podłogą i uniósł obie dłonie w geście pozdrowienia. Jego krzaczaste brwi zakrywające połowę czoła spowodowały, że wśród publiczności wybuchła fala chichotu. Mężczyzna speszył się i gniewnym wzrokiem spojrzał na niewysoką, ubraną w niebieski żakiet blondynkę, która praktycznie znikąd pojawiła się tuż obok niego. Pochylił się nad nią. Przez chwile wymieniali szeptem uwagi. Gdy pokręcił głową z niezadowoleniem, dziewczyna znikła, pękając jak bańka mydlana. Po chwili wampirze brwi stały się także przeszłością, a zastąpiły je małe, cienkie, jak gdyby namalowane kredką.

– Witam zgromadzonych w podwojach Uniwersytetu im. Stanisława Lema, nazywam się Mateusz Makowiecki i piastuję stanowisko rektora tego przybytku nauki  – rozpoczął, przecierając, jak gdyby dla pewności, czoło dłonią. – Przepraszam za ten mały incydent, ale zostałem wprowadzony w błąd. Sprawa, która nas tu dziś zebrała, jest oczywiście wielkiej wagi i nie było moją intencją robić głupie żarty.

– Przestań truć – dobiegł głos z widowni.

Mężczyzna w purpurze uśmiechnął się niezdarnie.

– By nie przedłużać, oto oni. Brawa.

Ściana za plecami mężczyzny pękła z trzaskiem i w lśniącej wyrwie pojawiły się sylwetki kilkorga ludzi.

Na przedzie podążał mężczyzna w garniturze w paski. Dzierżył w dłoni czarną aktówkę, z której wystawała drewniana rączka parasola. Obok niego szedł elegancki gentleman z wąsikiem. Uśmiechał się nerwowo, omiatając wzrokiem wiwatującą publiczność. Idący nieco z tyłu wysoki blondyn o ostrych rysach twarzy, rozbawiony całym zdarzeniem, nieustannie szturchał w ramię towarzyszącego mu mężczyznę o ciemnej karnacji, który jednak nie podzielał jego entuzjazmu i w zakłopotaniu poprawiał co chwile druciane okulary.

– Piotr Michalik. – Głos prowadzącego przebił się przez tumult. Mężczyzna z teczką pomachał dłonią. – Znany, przez jednych lubiany, przez innych nienawidzony, autor obrazoburczych książek, podejrzewany o kilkanaście zabójstw, wymuszenia i terroryzm literacki, ale z braku dowodów sprawy umorzono. – Buczenie sali mieszało się z oklaskami. Naczelny zaczął strzelać z palców w kierunku publiki, rzucając socjopatyczne spojrzenia.

– Jacek Skowroński. – Dalsza część zapowiedzi utonęła we wrzawie, która eksplodowała niczym histeria podczas koncertu Beatlesów. Na scenę pofrunęła nawet jakaś cześć ubrania ze sznurkami. Skowroński zarumienił się i skinął lekko głową. Euforia widowni przygasła po pięciu minutach i dopiero wtedy prowadzący mógł kontynuować.

– Tomasz Orlicz, pisarz, publicysta, ostre pióro, tęga głowa, który swoimi odkryciami zadziwił świat nauki.

Omawiany mężczyzna roześmiał się serdecznie.

– Tomku, a twojego towarzysza nie znam – rzekł prowadzący.

– Szwagier – rzucił Orlicz.

– Był w waszej redakcji? – kontynuował mężczyzna w purpurze.

– Nie.

– To co on tutaj robi, proszę go zabrać szybciorem. Matko jedyna dziesięć lat zmarnowane na jakiegoś patafiana.

– Dajcie pan spokój, on nie będzie przeszkadzał – oponował Orlicz, obejmując mulata ramieniem. – Zresztą on nic nie rozumie po polsku, to Egipcjanin. Siostra mnie zabije, jak się zgubi.

Mężczyzna w purpurze machnął dłonią z rezygnacją.

– Oto Qfant, są tu z nami.

Sala znów oszalała zgiełkiem. W międzyczasie na scenie pojawił się mały stolik z filiżankami herbaty oraz wielkie skórzane fotele. Cała czwórka zasiadła w nich, nawet latający prowadzący wylądował na jednym, pomiędzy Skowrońskim a Michalikiem.

– Ojcze Mrok, bo tak cię nazywali redakcyjni koledzy, jak narodził się pomysł, by zrobić gazetę literacką? – zapytał Makowiecki.

– Po pierwsze, chcę powiedzieć, że protestuję przeciw traktowaniu nas jak rybek akwariowych. Nie wiem jak się tu znalazłem, to porwanie. Nie uważa pan, panie rektorze, że powinniście nas pozostawić w spokoju.

– Ależ nikt was z grobów nie wyciągał – odparł mężczyzna. – Pozwoliliśmy sobie zrobić małe symulacje komputerowe na podstawie zdjęć, filmów, biografii i domysłów.

–  Sam pan jest symulacja! – wysyczał Naczelny.

– Ja jestem wirtualizacją, ale może przestańmy się kłócić o słowa,  bo miliardy ludzi w całej galaktyce chciałoby się dowiedzieć, jak powstawała legenda, QFANT.

– Wiesz, Piotrek – wtrącił Skowroński. – On chyba mówi prawdę, bo mam w głowie obrazy, na których jesteśmy o wiele starsi niż obecnie.

– A co z tego będziemy mieli, panie rektorze? – zapytał Orlicz. – Bo jeśli mówicie prawdę, to równie łatwo skasujecie, co stworzyliście, a ta perspektywa bardzo mi nie pasuje.

Rektor wiercił się w fotelu, jakby coś go oblazło.

– Panowie…

– Tylko bez „panowie”, bo nie lubię komunałów. To jak będzie? – Naczelny pochylił się ku Makowieckiemu i zrobił pytającą minę.

– Miliony patrzą. – Rektor wpadał w panikę.

– A niech patrzą i się uczą, jak traktujecie ludzi  – dolał oliwy do ognia Skowroński.

– Reklamy! – krzyknął rektor i widownia natychmiast opustoszała.

– Posłuchajcie, gagatki, błaźnię się przez was. Mogę was skasować tu i teraz.

– To sobie kasuj. – Michalik rozparł się na fotelu i splótł dłonie za głową. – Tylko coś podejrzewam, że to będzie większy problem, bo miliony niezadowolonych widzów to nie w kij dmuchał.

– A który mamy tak w ogóle rok? – zapytał Tomasz.

– Czy moglibyśmy ich zresetować? – zawołał rektor, kierując to pytanie w sufit.

Blondynka znów wykwitła obok jego boku, tyle że tym razem miała na sobie ogniście czerwoną suknię.

– Technicznie tak, ale nie ma gwarancji, że po restarcie nie zachowają się identycznie.

– To może jakąś modyfikacja osobowości? – drążył rektor.

Kobieta pokręciła głową.

– Dziesięć lat generowali te symulacje. Osobowość jest jak budowla z kostek domina, może się posypać, gdy wyciągniemy zbyt ważną cześć. A wtedy nie tylko będą się targowali, ale mogą przykładowo cofać się w rozwoju i zażądać pieluch.

– Sam pan widzi, że musimy się dogadać – zaczął Skowroński.

– Ach, jestem pana fanką. – Dziewczyna doskoczyła do Jacka. –  Przeczytałam wszystkie sześćdziesiąt kryminałów. Mój ulubiony to „Był sobie złodziej”. Koleżanki śmieją się, że czytam starocie.

– Pani Anno – zagrzmiał rektor. – To tylko syma, na litość. Prawdziwy Skowroński to prochy w mauzoleum zasłużonych.

– Starocie, klasyk – mruczał pod nosem Jacek.

– Reklamy się kończą – oświadczyła Anna. – Chyba musimy się z nimi dogadać.

– Wiem, wiem. – Rektor złapał się za głowę. – Kurde bele, przełomowy eksperyment, to będzie hit, kasa popłynie strumieniami. Że też nie mogliśmy zacząć od Presleya… Jakie są wasze żądania? – wysapał zrezygnowanym głosem.

Naczelny pochylił się ku Skowrońskiemu i szepnął mu coś do ucha. Jacek podobnie  zrobił z Tomkiem. Cała trójka zgodnie pokiwała głowami.

– Po pierwsze, chcemy odzyskać naszych kolegów redakcyjnych oraz jakąś elementarną cześć rodziny.

– Oszaleliście, zupełnie wam odbiło! Dziesięć lat męczyliśmy się z waszą czwórką, a wy mi tu pieprzycie, że mam przekonać komisję budżetową na wydanie kolejnych miliardów euro na dalsze symy.

– Wiec umówmy się, że to my zapłacimy. – Jacek rozparł się na fotelu i dyndał nogą założoną na nogę.

– A macie jakieś pieniądze?

– Drogi Rektorze; zarobimy. – Naczelny położył dłoń na ramieniu rektora. – I to jest druga cześć umowy. Chcemy reaktywować Quanta, robić kolejne edycje Horyzontów wyobraźni, konkursy książkowe, no i oczywiście wydawać kwartalnik.

Mężczyzna w purpurze i kobieta w czerwieni wybuchnęli jak na komendę śmiechem. Szwagier Orlicza, nie rozumiejąc, o co biega, zaczął szczerzyć zęby i kiwać głową.

– Czy powiedziałem coś śmiesznego? – Naczelny powoli tracił cierpliwość.

– Oj tak – powiedział rektor, łapiąc z trudem powietrze. – Nikt przecież nie powiedział, że wasz Qfant nie istnieje.

– Świetnie. – Jacek zacisnął pięści w geście triumfu. – Nie musimy być w zarządzie, wystarczą posady skromnych redaktorów. Napiszę kolejne książki. – Pisarz zatarł z radości dłonie.

– Tylko, że dziś Qfant nie wydaje już periodyku literackiego – oświadczył rektor.

– A czym się zajmuje, jeśli nie literaturą? – zdziwił się Naczelny.

Rektor podrapał się po nosie.

– Na przykład budowaniem uniwersytetów, takich jak ten.

cdn.

O stręczycielstwie, molestowaniu przez uszy i o tym, że brak jaj nie przeszkadza w wieszaniu akumulatorów.

12/03/2009

Naczelny spąsowiał. Gęsina wymownie spojrzał w górę, jednocześnie stanowczym gestem odpychając dziewczynę. Zapadła niezręczna cisza.

– Mały remoncik robimy – oświadczył Naczelny głosem możliwie spokojnym.

– Pierwsze słyszę – wtrąciła Anna, podkopując plan szefa.

– Eee, bo… to nagle tak wyskoczyło, ci z góry nas zalali i sufit cały w zaciekach – doprecyzował szybko i wypuścił powietrze. Miał nadzieję, że kobieta da za wygraną i nie wyskoczy z teorią spiskową, że niby to redakcja zajmuje dwa ostatnie piętra. Tyle że akurat ta teoria spiskowa miała solidne poparcie w faktach. Detal.

– Ale z pewnością pana policjanta nie sprowadza do nas renowacja sufitu. – Zaśmiał się nieszczerze Ojciec Mrok, uniemożliwiając dziewczynie wyartykułowanie kolejnych spostrzeżeń, a widząc, że nie zamierza opuszczać pomieszczenia, rzekł – Anno, idź gdzieś, na kawę czy co, bo musimy z panem porozmawiać na osobności.

Rzuciła mu wredne spojrzenie i ociągając się, wyszła.

Zostali sami, Gęsina, Naczelny i Kserograf.

– Ja tam na górze słyszałem, jak ktoś mówił coś o krwi? – zauważył policjant.

– Pewnie się jakiś niedołęga skaleczył pędzlem, to literaci, nie budowlańcy, nie ma się czemu dziwić. Jeśli wiedzą, gdzie jest sufit, to już jest postęp, gdyż zwykle bujają o wiele wyżej. Wie pan, o czym mówię?

nie wiedział?

– Poszukuję kobiety – wypalił nagle.

Naczelny aż cofnął się o krok z wrażenia i przeczesał dłonią włosy na głowie.

– Wie pan, specjalistą w tej materii nie jestem, ale za mojej młodości do takich celów najlepsze były dyskoteki, kawiarnie, kina, a na pewno nie redakcje literackie. Może pan pomylił piętra, agencja „Czarodziejka” mieści się piętro niżej?

– Nie, nie – jąkał Gęsina, machając łapami. – Zupełnie się nie zrozumieliśmy. Szukam konkretnej kobiety.

– Uciekła i zostawiła z dzieciakiem, nie daj Boże, takie te baby teraz są. – Naczelny pokręcił współczująco głową.  Położył dłoń na ramieniu osłupiałego mundurowego. –  Bez paniki, kobiet są miliony, a za mundurem jak to mówią. Mam pomysł, pan zejdzie piętro niżej i powie, że jest z Qfantu, a dostanie pan dziesięcioprocentowy rabat. My mężczyźni musimy się wspierać – skończył, puszczając perskie oko.

– No wie pan co! Jak pan śmie nakłaniać policjanta do korzystania z burdelu?! To skandal, ja sobie wypraszam, jestem wzorowym katolikiem i obywatelem – Gęsina wrzeszczał, jakby go ktoś oblał wrzątkiem.

– I pan się dziwi, że odeszła? Kobiety nie lubią nadpobudliwych. Może jeszcze ją pan bronią straszył? Bo widzę, że z pana typ maczo.

– Jeszcze jedno słowo i pana skuję – warknął Gęsina. – Za robienie sobie kpin z władzy.

Naczelny chciał dodać, że nie lubi takich zabaw, bo ma alergię na futerko, ale postanowił się zamknąć, gdyż przypomniał sobie, że na piętrze koledzy tną trupa piłką do metalu.

– Chciałem tylko pomoc – rzucił uspokajająco.

– Jesteś pan jakiś psychiczny czy co?  Co o za miejsce? Ta się na mnie rzuca jak głodny na suchary, rozmowę prowadzimy w schowku na szczotki, naczelny bawi się w burdelmamę!

– Na ksero – wtrącił Naczelny. – To jest schowek na ksero.

– Jestem na służbie, szukam przestępczyni, mam mówić wolniej czy tak wystarczająco dobrze?

– No to dlaczego zaczął pan od życia prywatnego? – Naczelny ewidentnie przeginał, ale był w tym niezły.

Policjant wyszarpnął zza pazuchy pocztówkowych rozmiarów zdjęcie.

– Poznaje ją pan? – zapytał.

Pokoik zrobił się nagle jeszcze ciaśniejszy. Piotr zwany Mrokiem spróbował poluźnić nieistniejący kołnierzyk.

– Tak, chyba tak. – Wziął do ręki fotkę. Widniała na niej czarnowłosa dziewczyna, uśmiechnięta dosłownie od ucha do ucha, wystawiająca kciuk w powszechne znanym geście.

– Wie pan, gdzie mogę ją znaleźć?

Owszem, wiedział. Na pierwszym piętrze, ciętą na kawałki przez kolegium redakcyjne.

– Wie pan, zwolniliśmy ją, mam gdzieś adres domowy.

– Pan się nie trudzi, już tam byliśmy. Rodzice powiedzieli, że pojechała do Warszawy, do redakcji, odzyskać jakiegoś Bohuna, ponoć go wygrała w konkursie fotograficznym. Właśnie na waszej stronie konkursowej jeden z poszkodowanych ją odnalazł.

– O co jest oskarżana?

– Wyłudzenia autografów od znanych pisarzy pod groźbą wieszania akumulatora na jajach;  bez względu na płeć; szantaże moralne, haracze książkowe od wydawców, molestowanie seksualne przez uszy, liczne porwania literatów i dziennikarzy w celach konsumpcyjnych, przemyt literatury transylwańskiej, świadczenie nielegalnych usług astrologicznych oraz wielokrotne morderstwo bułgarskiego eseisty Michaiła Smachdobri.

– A to taka porządna dziewczyna się wydawała – skłamał Naczelny, zupełnie nie zdziwiony litanią grzeszków byłej współpracowniczki.

– Jechała po Bohuna, którego wygrała  – Policjant powrócił do drażliwego tematu. – Miała go odebrać w redakcji.

– To widocznie nie dotarła, bo od dwóch tygodni jej nie widziałem.

Matko noc, tylko niech nie mówi, że chce się rozejrzeć, plis, plis.  Naczelny powtarzał w myślach to zdanie jak mantrę.

– Czy mogę… – zaczął policjant, czym wywołał skurcz żołądka u swojego rozmówcy – …się rozejrzeć?

– Tak, oczywiście – odparł Naczelny, kręcąc głową i wpadając w lekki letarg. W ostatnim przebłysku świadomości pomyślał, że gdy marzył o wielkich celach, to nie miał na myśli cel więziennych.

Obaj ruszyli do wyjścia, co spowodowało, że zaklinowali się  między kserografem a ścianą. Mocowali się kilka sekund, ale nic to nie dało.

– Może pan się cofnie – zaproponował Naczelny. – A ja pójdę pierwszy?

Policjant posłusznie  zrobił krok do tyłu i zaczął iść gęsiego tuż za gospodarzem. Naczelny otworzył drzwi silnym pchnięciem, zupełnie zapominając, że odbijają do tyłu, oraz o wystających gwoździach, którymi była przymocowana tabliczka z napisem „ksero”.

Łupnęło zdrowo i jakby coś jęknęło. Naczelny zastygł, doznając astralnego olśnienia, szkoda że zbyt późno. Zamknął oczy i nasłuchiwał jakichkolwiek odgłosów życia. Bezskutecznie.

– Co jest szefie? – zapytała Lau. – Paraliż jakiś?

Otworzył oczy. Za oknem leciała wrona. Czy zobaczy jeszcze w tym roku wronę?

Zadudniły schody. Pojawił się Tomasz, cały ubabrany na czerwono.

– Sufity maluje się na biało – zauważyła natychmiast DT.

On jednak nie zważając na docinek, podszedł do Naczelnego i oświadczył:

– Zrobione, popakowane, tylko wysłać i po sprawie.

– Nie zwijajcie jeszcze sprzętu. W kseroroomie  mamy drugi, identyczny problem – oświadczył Naczelny, wpatrując się martwym wzrokiem w okno.

O powiązaniach Jacka oraz o nowym zastosowaniu Qfantowych smyczy.

11/27/2009

– Jacku – zaczął naczelny, przyglądając się zwłokom rozkładającym się powoli na książkach przeznaczonych na nagrody w świątecznej karuzeli. – Po pierwsze, i tak zbyt narażamy Baśkę. W przyszłości może będzie chciała sobie przebudować tę piwniczkę. Wyobraźcie sobie jej zaskoczenie, gdy odnajdzie trzy szkielety zabetonowane w podłodze.

– Przypominam, że ja byłem przeciwny – zaczął Tomek. – Powinniśmy ją zapytać o zdanie, zanim władowaliśmy jej do nowo budowanej rezydencji dodatkowych lokatorów.

– Jasne, ale sam jej tę podłogę zalewałeś betonem i to z entuzjazmem, o ile pamiętam – wtrąciła Zuzanna.

– Naczelny mnie straszył, że powie siostrze o ekscesach z gali Horyzontów Wyobraźni.

– Jakbyś nie podpuścił szwagra Egipcjanina, by krzyczał do tych skinów „Legia dziady!”, to by mu nie rozwalili głowy butelką i nie zaczęli kopać. – Zuzanna nie ustępowała.

– Ciesz się, że miałem gnata – dodał Jacek. – Bo byś przywiózł go do domu w drewnianej skrzynce.

– Oficjalna wersja brzmi: zaatakowali go z pobudek rasistowskich i jej się trzymam – powiedział Tomek.

Naczelny włożył głowę w dłonie i zaczął liczyć. Teoretycznie do dziesięciu, ale w praktyce okazało się to niewystarczające.

– Wiecie co, może po prostu niech tam leży, a my pogadajmy o trzeciej części wywiadu z Konradem T. Lewandowskim. – zaproponował, gdy doszedł do stu. – A nóż, widelec sama zniknie?

– Świetny pomysł – zgodzili się chórem. Wywiad miał się ukazać w piątek i był diabelnie ostry. Pisarz jechał po większości autorów ze sceny fantastycznej, nie przebierając w słowach.

Jarek, jeden z najmłodszych redaktorów, który był zbyt zaszokowany, by coś powiedzieć, już nawet zamykał drzwi od składzika, gdy naczelny wrzasnął:

– To był sarkazm, do jasnej cholery. Co jest z wami ludzie? Trzeba ją stąd usunąć i to migiem. Bo jak, nie daj Zeusie, gdzieś przecieka, to nam zapaćka nagrody juchą. Nie po to się męczyliśmy cały miesiąc, by pięćdziesiąt książek pachniało rzeźnią.

– A ty skąd wiesz, że ona przecieka? – zapytał Jacek.

– Skończ z teoriami spiskowymi, bo mnie krew zaleje. Zwolniłem ją, nie pamiętasz? Po jaką cholerę miałbym ją jeszcze zabijać?

– Przy pozostałych ciałach też tak szef mówił. – Jarek nieco zbladł. Pomimo, że świadkował przy odkryciu trzech poprzednich denatów, nadal nie mógł się przyzwyczaić.

– Faux, ty lepiej podumaj co zrobić, a nie się wymądrzaj – odparł naczelny, kucając przy zwłokach. Podnosił bezwładne członki byłej koleżanki, przeczesywał włosy; chyba faktycznie chciał sprawdzić, czy gdzieś nie przecieka albo tylko tak udawał?

– Wiecie co, przenieśmy ją do łazienki, potnijmy na kawałki i wyślijmy paczkami w świat, tak jak w opowiadaniu Piotra – zaproponowała Zuzanna. – Niech się poczta martwi. Zgubili nam czterdzieści zaproszeń na galę, więc może zgubią i trupa.

Tomek zaczął kręcić głową i stwierdził:

– Myślicie, że to takie proste? Człowiek ma około pięć litrów krwi, no, ona może nieco więcej. Całą łazienkę upieprzycie. Ja tego nie będę sprzątał.

– Widzieliście Sin City? – Naczelny upewniwszy się, że książki są bezpieczne, wstał. –  Tam Marv jednemu kolowi powiązał ręce i nogi gumkami, a potem mu je uciachał piłką do metalu.

– Pomysł dobry – stwierdził Jacek. – Ale nie mamy ani piłki do metalu, ani gumek do wiązania.

– Mamy smycze – wtrącił Jarek. – Wiecie, te z logo Qfantu, może nimi powiązać trupa. I tak mamy ich dużo.

– Brawo, Faux!  – zawołał Piotr – Zginęlibyśmy bez ciebie. Lecę po piłę do żelaznego, a wy przenieście nasz duży kłopot do łazienki.

Naczelny ruszył w stronę drzwi, ale do nich nie dotarł, gdyż na jego drodze stanął Jacek. Dmuchnął mu w nos dymem i zapytał:

– Czy ty aby nie jesteś za sprytny?

– Spokojnie, nie zakapuje was do glin, przecież jedziemy na jednym wózku.

– Wiesz, to nie o to chodzi. Czy ty tu widzisz gdzieś Pudzianowskiego? Mamy sami przetaszczyć bezwładne, na oko studwudziestokilowe ciało przez piętnaście metrów? Tyle się chwalisz, jak to trenowałeś kulturystkę, to teraz się wykaż, a ja polecę po piłę. – To mówiąc, odwrócił się na piecie i wyszedł z redakcji, nie czekając na głosy sprzeciwu.

– Wiecie co? Po prostu pociągniemy ją za nogi do łazienki. Ja mam chory kręgosłup i nie zamierzam na wózku inwalidzkim skończyć. – oświadczył naczelny, gdy umilkły kroki Jacka.

– Dlaczego? – zaoponowała Zuzanna – To by był niezły chwyt marketingowy, niepełnosprawny naczelny, wszędzie by cię zapraszali, byłbyś zauważalny.

Chciała coś jeszcze dodać, ale Piotra nie bez kozery nazywano Ojcem Mrok. Wystarczyło jedno spojrzenie i koleżance odechciało się snuć wizji reklamy.

Na szczęście denatka nie przeciekała, więc bez zostawiania trudnych do wywabienia plam, dotransportowali ją wspólnym wysiłkiem na środek redakcji. Właśnie robili sobie krótką przerwę, gdy zabrzmiał dzwonek do drzwi.

– O matko – jęknęła Zuzanna. – Jack nas zakapował na gliny, a to szuja.

Skrzypnęło okno. To Faux zdecydował się na desperacką próbę ucieczki.

– Jarek, wyluzuj, to drugie piętro, chcesz się zabić? – zapytał Tomek, siłą ściągając go z parapetu.

– Nie chcę wylądować w poprawczaku, zresztą nie dożyje tego, bo matka mnie wcześniej zabije. Chciałem być tylko redaktorem, a trafiłem do grupy przestępczej. Jesteście degeneratami! – wrzeszczał Jarosław, usiłując się wyswobodzić z uścisku Tomasza.

– Cisza, bez paniki – powiedział Piotr –  Nie sądzę, żeby Jacek nas wsypał. Za dużo wiemy. Jak choćby o tym krytyku, który zjechał „Był sobie złodziej”.

– Ta, biedak stoi gdzieś sobie na dnie Wisły z betonową podstawką na stopach. – Zaśmiała się Zuzanna. – Ale należało mu się. Jak się nie znał na literaturze, to powinien się zająć wyrobem wafli.

Dzwonek darł się nadal uparcie i metodycznie.

– Albo ten szesnastolatek, co mu się przywalał do córki. – Faux się zaczerwienił. – Dobrze, że mnie uprzedził, bo sam miałem ochotę się z nią zaprzyjaźnić.

– To był przecież wypadek? – zapytał Tomasz, puszczając Jarka, gdyż ten przestał się szamotać.

– Jasne, sam nadział się przypadkowo na statuetkę kreatora, którego Jacek dostał za zwycięstwo w konkursie kryminalnym – odparł naczelny. – A swoją drogą, to do dziś nie wiem, jakim cudem nie było sprawy. Mam wrażenie, że Jacek ma większe układy niż się domyślamy.

– Masz rację Piotrze – przytaknęła Zuzanna. –  Pamiętacie tego grubasa, co nam go Jacek naraił, chciał sponsorować numer. Dawał sto tysięcy żywą gotówką. Znikł nagle. Nie chciałam wam o tym mówić, ale policja go złapała, było o tym w wiadomościach, ponoć to jakiś konsilieri mafii. Biedaczek powiesił się w areszcie i nie doszli dla kogo pracował.

– Po prostu nie otwierajmy, może sobie pójdzie – zawyrokował naczelny, przerywając te ciekawe, acz  nie rozwiązujące ich problemu dywagacje.

Jednak nim redaktorzy Qfantu zdążyli zaakceptować ten genialny plan, skrzypnęła klamka i masywne drzwi od redakcji otworzyły się.

Stał w nich roześmiany Stefan Darda, przyjaciel kwartalnika i niezwykle uzdolniony debiutant, którego pierwsza książka „Dom na wyrębach” rozeszła się wielotysięcznym nakładzie, a niedawno wypuszczono drugie wydanie.

– Witajcie kochani – zawołał od progu. Zobaczył, nad czym jego kochani się pochylali i dodał – Co ona tu robi, przecież ją wywaliliście. I dlaczego leży na podłodze?

Qfantowe wieści

11/19/2009

Już jutro na qfant.pl druga część szczerego do bólu i ostrego jak skalpel wywiadu z Konradem T. Lewandowskim.

„Jebnę dechą od trumny”

Część 2  już w ten Piątek !!!


Byliśmy niedawno  (13-15 listopada) na lubelskim Falkonie. To już dziesiąta edycja, tej niesamowitej imprezy. Jak można nie zjawić się na urodzinach? Na kowencie byli obecni: Andrzej Pilipiuk, Jakub Ćwiek, Jacek Komuda, Rafał Kosik, Maja Lidia Kossakowska, Stefan Darda, Anna Brzezińska, Jacek Skowroński i wielu, wielu innych znananych i lubianych wydawców, pisarzy, krytyków, dziennikarzy. Ale tak naprawdę z największą przyjemnością przebywaliśmy wśród tych 1800 młodych ludzi, fanów książek, filmów i gier fantastycznych. Z ich oczu biła pasja. Powiadają, że młodzież jest coraz gorsza? Zapraszamy na konwenty, przekonają się, że to nie prawda. Relacja w QFANT już niedługo.

Dużo osób pyta się nas: Kiedy QFANT 4?

Odpowiadam: Qfant 4 ukaże się 1 stycznia 2010. Zmieniamy cykl wydawniczy na początkowe dni kwartału, a wiec musieliśmy niestety zrobić taki szacher macher. To będzie nam towarzyszyło na stałe.

W najbliższym czasie na portalu opublikujemy zajawki tekstów z 4 numeru, by umilić Wam oczekiwanie. Przypominam, że osoby zainteresowane  publikacją swojej grafiki powinny nadsyłać prace na adres redakcji z dopiskiem: grafika Qfant 4. W całym numerze będziemy prezentowali najlepsze grafiki, oraz tu niespodzianka, zamieścimy także kilka ramek mega zabawnego komiksu SF.

Dziś o 19:00 zbiera się Zarząd Kwartalnika. Będziemy dyskutowali i głosowali niezbyt przyjemne kwestie dyscyplinarne. Qfant to jedna rodzina, ale rodzina surowa i sprawiedliwa. Wspólnie pracujemy, wspólnie się bawimy, ale gdy ktoś przekroczy granicę, lub zawala robotę, to muszą go za to spotkać konsekwencje. Ogłoszenia dyscyplinarne już niebawem.

By nie kończyć niemiłą informacją, zdradzę, że na Falkonie poczyniliśmy pewne ustalenia (nie ma to jak spotkać się twarzą w twarz), które przybliżają tą wiekopomną (nie wiem o ile, ale przybliżają i urealniają)  chwile, gdy zaczniemy płacić autorom za ich teksty i grafiki. Szczegóły w przyszłym roku.

Pozdrawiam i zachęcam do śledzenia naszego bloga. Tylko na nim znajdziecie najświeższe wieści z Waszej ulubionej redakcji.

nieświęty ojciec mrok od literówek

Piotr Michalik

Wywiad z Konradem T. Lewandowskim

11/13/2009

JUŻ JEST !!!

TYLKO NA QFANT.PL


Gone. Zniknęli – KONKURS KSIĄŻKOWY

11/12/2009

Do wygrania cztery wspaniałe zestawy od wydawnictwa JAGUAR dzięki któremu już od września bieżącego roku cieszymy się fascynującą książką:

Michaela Granta  „Gone. Zniknęli”
Jest to pierwszy tom znakomitej serii dla młodzieży, inteligentny, trzymający w napięciu thriller rekomendowany przez króla powieści grozy, Stephena Kinga. W niewielkim amerykańskim miasteczku, Perdido Beach, w jednej chwili znikają wszyscy, którzy ukończyli piętnaście lat – nauczyciele, rodzice, sprzedawcy, kierowcy znajdujących się w ruchu samochodów. Wszyscy. Świat bez dorosłych nie jest tak zabawny, jak mogłoby się wydawać – w rozciągającej się wokół miasta strefie zaczyna rządzić prawo silniejszego. Bez stróżów porządku, opiekunów, lekarzy, ci, którzy niedawno byli jeszcze dziećmi, wprowadzają własne porządki. Jednak władza deprawuje, zwłaszcza gdy sięgają po nią nieodpowiednie osoby, takie jak charyzmatyczny i pozbawiony zahamowań Cain. Główny bohater, Sam, stara się wyjaśnić zagadkę i nie dopuścić, by w miasteczku szerzyła się przemoc, ma jednak niewiele czasu na znalezienie odpowiedzi na dręczące wszystkich pytania. Niedługo skończy piętnaście lat. A wtedy zniknie.

Możesz wygrać jeden z zestawów zawierających książkę „GONE. Znikęli” oraz wspaniałe upominki od Wydawnictwa Jaguar

Szczegóły na  www.qfant.pl