Archiwum autora

Łasic rozbiera choinkę, a wszystkim kogoś cholernie brakuje…

12/30/2009

− Tomasz, Tomasz, gdzie ty to masz… − nucąc beztrosko, Zuzanna tanecznym krokiem wpłynęła do sali konferencyjnej. − Słuchajcie robaczki, mam pomysł na Sylwestra. Przebieramy się za co znaczniejszych polityków i w miasto! Graficy trzasną nam legitymacje poselskie, pobalujemy sobie na ich konto, zasłaniając się w razie czego immunitetem.
Naczelny tępo wpatrywał się w jakąś kartkę. Jacek zgasił papierosa i natychmiast przypalił następnego. Faux siedział na parapecie, wyglądał jakby zasnął, jednak nieznacznie uchylone powieki i zaciśnięte dłonie świadczyły, że jest inaczej. Łasic zapadła się w skórzanym fotelu, z pistoletem skierowanym w stronę choinki. Tłumik zamieniał strzały w ciche plaśnięcia, bombki pękały jak bańki mydlane.
− No nie, ubrani będziemy, immunitetem zasłaniać się w innym sensie… − Zuzanna opacznie zrozumiała ich milczenie.
Jacek bardzo brunatnym płynem z bardzo brunatnej butelki, opatrzonej czarną etykietką z wizerunkiem Jasia wędrowniczka, napełnił szklankę z grubym dnem i pchnął naczynie po blacie. Szklanka minęła naczelnego, podskoczyła lekko na jakiejś nierówności i roztrzaskałaby się niechybnie o podłogę, gdyby Zuzanna miała gorszy refleks. Albo gdyby była abstynentką.
− Powie mi ktoś, co się dzieje?! − Odpowiedziała jej cisza, którą zakłócił jedynie szczęk zmienianego przez płatną zabójczynię magazynka. − Czy może robimy stypę, ot tak, bez specjalnej okazji?
− Jedna gwiazdka… − Łasic prawie nie celując zdjęła kolejną ozdobę z czubka choinki.
− Przyszedł list od Tomka. − Naczelny nie odrywał wzroku od kartki.
− Złe wieści…? − Zuza pociągnęła długi łyk, nie czując smaku. Ostawiła naczynie ostrożnie, jakby napełnione była nitrogliceryną. Cholernie lubiła Tomka. Jak wszyscy, bo on po prostu nie dawał powodów, by go nie lubić.
I był jednym z nich.
Piotrek bez słowa podał jej list, machinalnie sięgnął po szklankę z brunatnym płynem i opróżnił jednym haustem. Naczelny nigdy nie pił w pracy. Musiało być gorzej niż źle.
Zuzanna przeczytała tekst, miał raptem kilka linijek. Podeszła do Jacka i wyciągnęła dłoń z kartką. Pstryknął zapalniczką, płomyk liznął brzeg papieru, zawahał się jakby, wreszcie jął go pożerać coraz zachłanniej.
Skończyły się bombki, Łasic kolejnym strzałem rozwaliła czujnik dymu pod sufitem.
− Nie myślałem, że kiedykolwiek będę musiał powiedzieć te słowa… − Naczelny popatrzył na zebranych, w jego oczach czaiła się determinacja. I jeszcze coś więcej. Tylko nieliczni wiedzieli, jak potrafi być bezwzględny i okrutny. Naprawdę niewielu miało okazję oglądać to spojrzenie. A nikt dwukrotnie. − Primus!
− Secundus. – Jacek dotknął kabury pod pachą.
− Tertius. – Faux zeskoczył z parapetu, wyciągnął nóż, który Łasic podarował mu pod choinkę i sprawdził ostrze.
− Quartus. – Zuzanna z tajemniczym uśmiechem musnęła palcami fałdkę na sukience w okolicy lewego uda. Jej legendarne podwiązki nie służyły wyłącznie przytrzymywaniu pończoch.
− Quintus. – Łasic z trzaskiem zmieniła magazynek.
Tomek naprawdę był jednym z nich i mieli zamiar to udowodnić.

O leniwych nocnych autobusach…

12/22/2009

Kierowca nie zatrzymał się na przystanku, zerknął tylko w lusterku na prawie puste wnętrze pojazdu i jechał dalej. Zdezorientowany mężczyzna w ciemnej marynarce zrobił ruch, jakby chciał zerwać się z siedzenia, lecz uświadomił sobie nagle, że nocne autobusy stają tylko na żądanie. Zignorował następny przystanek, potem wdusił przycisk z napisem STOP. Pojazd zwolnił, wjechał kawałek w małą zatoczkę, drzwi drgnęły odrobinę, mężczyzna stuknął w nie otwartą dłonią, jedno skrzydło odskoczyło z trzaskiem. Stał jeszcze chwilę na chodniku, potem ruszył w przeciwną stronę, niż oddalający się autobus.
Latarnie dawały akurat tyle blasku, żeby nie potknąć się na jakiejś wyszczerbionej płycie chodnikowej, uśpione przedmieście pachniało niewywiezionymi śmieciami i stygnącym po upalnym dniu asfaltem. Szedł spokojnym krokiem, wsłuchując się w odgłosy nocy. Znał doskonale okolicę, mógł iść na skróty między nietypowymi trzypiętrowymi blokami, których szare tynki i brak balkonów nasuwały myśl, że architekt pierwotnie zaprojektował wojskowe koszary albo budynki więzienne i potem zabrakło mu inwencji, gdy zmieniono plany zagospodarowania terenu. Trzymał się jednak chodnika, gotów zniknąć w ciemnych zaułkach na widok spóźnionego przechodnia. Miał sporo czasu, minęła ledwie północ.
Obszerny plac przycupnięty w anonimowej miejskiej sypialni, ogrodzono ostro zakończonymi metalowymi prętami. Rosnące wewnątrz wiekowe tuje stykały się gałęziami, tworząc nieprzeniknioną dla wzroku barierę. Mijając szeroką bramę z łańcuchem i kłódką, zobaczył budynek wyglądający jak stary przedwojenny dworek. Wysokie podwójne okna na parterze zaopatrzono w kraty, dookoła domu biegła wydeptana w trawie koślawa ścieżka, żarówka bez klosza oświetlała słabo niewielki ganek z dwiema prostymi kolumnami. Nad drzwiami widniała wielka tablica z napisem – QFANT. Czarne litery odznaczały się złowieszczo na tle łypiącego mrocznymi oczodołami domostwa.
Zwolnił trochę, spoglądając w głąb pustej ulicy i skręcił błyskawicznie, znikając za gęstymi krzakami. Ostrożnie przedzierał się wzdłuż ogrodzenia, by dotrzeć na tyły posesji. Dotknął małej latarki w kieszeni spodni, ale jej nie wyjmował. Plama rozgwieżdżonego nieba między iglakami podpowiedziała mu, że dotarł do właściwego miejsca. Jedna z tuj nie przetrzymała mroźnej zimy, dozorca wykopał ją parę lat temu, lecz nie wsadził nowej. Mężczyzna założył cienkie skórzane rękawiczki, sięgnął ręką między prętami i natychmiast wymacał niezbyt szeroką deskę lekko przysypaną opadłymi gałązkami iglaków. Wyciągnął ją i oparł pod niewielkim kątem na ogrodzeniu. Stanął na niskim murku z cegieł, chwycił się poziomego pręta przyspawanego do szczytu pozostałych i podciągnął się na tyle, by umieścić czubek stopy na końcu deski. Teraz wystarczyło wyprostować nogę, ostrożnie przełożyć drugą nad ostrymi szpikulcami i powtórzyć wszystko w odwrotnej kolejności. Był w środku.
Przykucnął i długo obserwował teren. Nie przewidywał niespodzianek, ale gotów był zrezygnować przy najmniejszych sygnałach, że cokolwiek jest nie w porządku. Najwyżej wróci jutro lub choćby za miesiąc. Bo nie zamierzał ryzykować niepowodzenia.
Minęła pierwsza w nocy.
Obszedł cicho dworek i wyjrzał na dziedziniec, w całym domu panowały ciemności. Cofnął się na tyły posesji. Obok małego okienka piwnicznego tuż nad ziemią stał plastikowy pojemnik po margarynie z resztkami mleka. Otwierane na zewnątrz okienko było uchylone na tyle, by szczeliną mógł się przecisnąć kot. Zdjął drut przytrzymujący ramę, tyłem wczołgał się do ciasnego otworu, wymacał nogą występ w ścianie, następnie umieścił okienko w poprzedniej pozycji. Błysnął latarką i zeskoczył na betonową podłogę, czarne sportowe buty na gumowej podeszwie stłumiły odgłos. Omiótł żółtym kręgiem światła niskie pomieszczenie. Pod ścianą leżały stosy makulatury, obok stało kilka prostych trumien. Pachniały jeszcze bejcą i pokostem. Podszedł do drzwi z nieheblowanych desek zaopatrzonych w prosty zamek i nacisnął klamkę. Nie ustąpiły, ale niczego innego się nie spodziewał. Z wewnętrznej kieszeni wyjął krótki wytrych z tak wygiętą końcówką, że przypominał miniaturowy kij hokejowy. Ciche manipulacje nie trwały minuty, język zasuwy cofnął się z delikatnym chrobotem.
Korytarz z półkoliście ukształtowanym stropem z jednej strony rozszerzał się, ukazując kilkoro podobnych drzwi, dalej zakręcał w prawo. Promień latarki wymacał wąskie, strome schody wyszlifowane milionami kroków. Chłodne piwniczne powietrze zalatywało stęchlizną, głębokie szczeliny między cegłami pełne były starych pajęczyn. Mężczyzna wchodził powoli, wsłuchany w dzwoniącą w uszach ciszę, odruchowo pochylając głowę i kuląc ramiona.
Nienawidził pająków.
U szczytu schodów znajdowały się kolejne drzwi, tym razem bez zamka. Zamknął je cicho za sobą i odczekał dłuższą chwilę. W holu stał pusty wieszak, otwarta szafka z rzędami butów i kilka prostych stolików z jakimiś drobiazgami. Stary dom wydawał senne odgłosy, zdawał się żyć i reagować na jego obecność. Na piętrze coś zaskrzypiało, ledwie słyszalny chrobot z nieokreślonego kierunku mógł równie dobrze być dziełem kota, co szczura kryjącego się przed nocnym łowcą. Zdawało mu się, że słyszy stłumione chrapanie, gdy mijał kuchnię, lodówka włączyła się z wibrującym rzężeniem, które zaraz przemieniło się w konspiracyjne buczenie. Nieokreślonego koloru wykładzina i gumowe podeszwy głuszyły odgłos kroków. Przeszedł obok pokoju z tabliczką „P.M. Red. Nacz. – przyjęcia tylko umówionych interesantów 13 maja w godz. 12.00 – 12.15 co drugi rok przestępny”. Dioda wykrywacza metali we framudze błyskała zielonym ognikiem. Zatrzymał się przed pokojem z połyskującą srebrzyście wypukłą gwiazdką.
Dotknął klamki…
Na piętrze rozległ się jękliwy dźwięk, jakby sprężyny łóżka wracały do naturalnej pozycji. Zgasił latarkę i skrył się we wnętrzu kuchni. Usłyszał skrzypienie schodów i… cisza. Uniósł ręce, było tak ciemno, że nie widział własnych dłoni w czarnych rękawiczkach. Nagle na tle boazerii przesunęła się ciemniejsza plama, po paru sekundach odemknęła się lodówka, w padającym ze środka blasku ujrzał kobiecą postać. Sięgnęła po kartonik soku, piła powoli, celebrując czynność. Stała tak zmyślona, z głową skierowaną w stronę okna, zasłuchana w noc. Była kompletnie naga, lecz w jakiś przedziwny sposób wyglądało to naturalnie. Może dlatego, że niczego nie ukrywała. Jak pozująca malarzowi muza, której obraz zastyga w czasie pod pędzlem artysty. Zamarł z uniesionymi rękoma, zadawało mu się, że dźwięk naprężającej się skóry rękawiczek musi zdradzić jego obecność. Światło zgasło z cichym plaśnięciem, zjawa przepłynęła obok.
Wypuścił powoli powietrze. Przez chwilę rozważał pomysł zapalenia papierosa, ale uznał, że wyczerpał już limit szczęścia na tę noc − zapach dymu zaalarmuje każdego, kto poczuje chęć udania się do toalety. Nie włączał latarki, trwał w bezruchu, starając się równo oddychać. Lodówka ponownie zaczęła pracę, odczekał póki agregat nie ucichnie.
Klamkę drzwi z wypukłą srebrną gwiazdką naciskał ostrożnie, milimetr po milimetrze, niczym saper rozbrajający nieznanej konstrukcji bombę. Bez efektu. Stłumił uczucie rozczarowania – widać naprawdę wyczerpał już limit szczęścia – i poświecił w otwór zamka. Klucz tkwił z drugiej strony. Sprawdził palcem, że dolna krawędź drzwi nie dochodzi do podłogi, szczelina miała kilka milimetrów wysokości. Wystarczy. Wyciągnął z kieszeni złożoną płachtę gazety, rozprostował i wsunął do pokoju na tyle, by kawałek został na zewnątrz. Szczypcami z długimi, cienkimi końcówkami, spiłowanymi jeszcze dodatkowo, chwycił przez dziurkę dostępny fragment klucza i przekręcił w prawo. Ćwierć obrotu poszło bez oporu, lecz na tym koniec. Uchwyt narzędzia był zbyt słaby, a mechanizm zamka wymagał użycia sporej siły. Cofnął odrobinę szczypce, zetknął końcówki i wypchnął delikatnie klucz z dziurki. Stuknięcie o podłogę zamortyzowała trochę pognieciona gazeta, miał nadzieję, że nie odbił się poza rozpostartą płachtę. Zaczął wyciągać brukowca, upragniony kawałek metalu leżał przy samej górnej krawędzi. Zwinął starannie gazetę i schował do kieszeni.
Przekręcił klucz. Wyłączył latarkę. Nie ruszał się przez minutę, potem delikatnie otworzył drzwi, wszedł i zamknął je cicho. Księżyc w pełni zaglądał przez okno, poczekał aż wzrok przywyknie do słabej poświaty. Z ciemności powoli zaczęły wyłaniać się kontury mebli…
Dotyk zimnego metalu na szyi nie pozostawiał wątpliwości. I słowa:
– Rusz się, a twój mózg będą zeskrobywać ze ściany! – Mała dłoń wślizgnęła się wężowym ruchem pod marynarkę i wyciągnęła pistolet. –Wyglądasz na zawodowca, a tacy liczą się z porażką. Wiesz, co się teraz stanie, prawda?
– Wiem. – Pomyślał o nożu schowanym pod nogawką nad lewą kostką. Ale tylko pomyślał. Nie miał szans. – Zrób to szybko…
Postać cofnęła się o krok, przekręciła klucz w zamku i stanęła na tle okna. Księżycowa poświata obrysowała smukłą sylwetkę w utkanej z jedwabnej pajęczyny nocnej koszuli. Pistolet stuknął o podłogę.
– Tylko nie właź mi do łóżka w kapeluszu…

c. d. n. n. (ciąg dalszy nie nastąpi, gdyż narrator, ma co innego do roboty, niż opowiadanie oczywistości, a także pokłada niezachwianą, póki co, wiarę w wyobraźnię czytelników)

Lan ogłasza fajrant, Faux się rozmarza, a trup ukazuje nowe oblicze

12/05/2009

− Fajrant, kochani! – Lan wyłoniła się ze swojej pakamerki, stukając znacząco w szkiełko zegarka. – Wszystko na dziś poukładane, zredagowane i skorygowane.

− Nie wszystko… − wymknęło się Naczelnemu, ale nikt go nie usłyszał w ogólnym zamieszaniu. Drzwi redakcyjnych klitek trzaskały za kolejnymi pracownikami, trudno było oprzeć się myśli, że wszyscy czekali tuż za progiem, jak w blokach startowych, na wybicie szesnastej.

Po minucie w redakcji nie było żywego ducha, nie licząc oczywiście naszych przyjaciół, którzy w poprzednich odcinkach z zapałem kręcili stryczki na własne szyje.

− Pilnuj tego i nie wpuszczaj nikogo!

Piotrek zostawił Tomasza przed kseroroomem a sam popędził na górę. Wpadł jak burza do rzeźni, łazienki znaczy (wybacz drogi czytelniku, narrator opisuje, co widzi, i czasem bywa zbytnio dosłowny), otworzył usta i… głos uwiądł mu w gardle. O ile rzecz jasna głos może w czymkolwiek uwiądnąć. Uwiędnąć zapewne prędzej – pomyślał niefrasobliwie narrator – ewentualnie ugrzęznąć, aczkolwiek częściej zamiera tudzież nie może zostać dobyty, a to z przyczyny szoku albo ciosu w splot słoneczny. Lub niżej.

A przyczyna uwiądu Naczelnego, mówiąc ściśle jego organu głosowego, miała długie, kruczoczarne włosy, zielone jak leśne sadzawki oczy i nóż w garści. Stała za plecami autora „Domu na wyrębach” i przykładała mu ostrze do szyi. Faux siedział na brzegu wanny, wyglądał na całkowicie pogodzonego z losem, czemu w jakimś stopniu przeczyły szeptane w przestrzeń słowa:

− A mogłem zaciągnąć się do Legii Cudzoziemskiej, Jacek by mi skołował dowód osobisty, im więcej nie trzeba. Wysłaliby mnie z misją w jakieś urocze siedlisko terrorystów albo do Afryki, nocny skok ze spadochronem w sam środek działań wojennych, sielanka po prostu…

− Gdzie on jest, gadaj! – Łasic przycisnęła mocniej nóż.

− Nie wiem, Piotrek go gdzieś wysłał… − Stefan mężnie skierował uwagę płatnej zabójczyni na Naczelnego.

− Albo trzeba mi było zostać saperem – monolog Fauxa trwał w najlepsze – najwyżej by mi urwało nogę czy rękę, czysta przyjemność…

Łasic, nie odejmując noża od szyi Stefana, płynnym ruchem dobyła berettę FS92 – rzecz godna najwyższej uwagi, zauważył w myślach narrator, gdyż pod wieczorową suknią mogła ukryć co najwyżej tatuaż, ale w końcu to ona zarabiała na życie, likwidując wskazane jednostki − i wycelowała w okolice Piotra. Naczelny posiadał właściwe piastowanej godności gabaryty, więc nawet nie musiała dokładnie mierzyć.

− Znajdziesz go w kseroroomie, piętro niżej − dzielnie wytrzymał wzrok egzekutorki. – Tylko nie zrób…

Łasic nie dowiedziała się, czego ma nie zrobić, z impetem wbiła nóż w ścianę, ostatnie słowa Naczelnego padły, gdy była już na schodach. Stefan pomasował szyję i utkwił melancholijne spojrzenie w drzwiach prowadzących do kabin prysznicowych.

− Taki treser tygrysów, to ma dobrze, zawsze lubiłem koty – rozmarzył się tymczasem Faux. – Albo łowca grzechotników. Słoneczko, praca na świeżym powietrzu…

− Kogo znajdzie w ksero? – zainteresował się autor horrorów.

− Gęsinę – odparł inteligentnie Naczelny, wprawiając Stefana w łatwo zrozumiałe osłupienie.

Równocześnie skrzypnęły drzwi do pomieszczenia prysznicowego, ze środka buchnął kłąb pary, z którego wyłonili się całkowicie – niestety, pomyślał narrator – ubrani Zuzanna i Jacek. Narrator przewinął do tyłu całą scenę, uznając, że pewnie przegapił coś ciekawego i zajrzał pod prysznice.

Zuza z Jackiem siedzieli na parapecie, szepcząc coś do siebie, odkręcona woda głuszyła rozmowę, a gęsta para mocno utrudniała podgląd, gdyby w pomieszczeniu znajdowała się ukryta kamera, czego nie można było wykluczyć, gdyż nie od dziś wiadomo, że ciała odziane w pianę są wyjątkowo wdzięcznym obiektem dla adeptów sztuki filmowej, których akurat w redakcji nie brakowało, podobnie jak baboli oddających się z uciechą, uciechom cielesnym w towarzystwie mieszanym, acz nie zmieszanym – narrator skrzywił się, gdyż z natury żywił wstręt do zdań wielokrotnie złożonych, ale kontynuował siłą rozpędu – oczywiście poza godzinami pracy, ewentualnie w godzinach, jeśli akurat Naczelny ruszył w Polskę, czyli jak to zwykło się określać na użytek kadrowych i małżonek, przebywał na delegacji.

Rozczarowany mocno narrator wrócił do właściwego miejsca i czasu akcji.

− Co to były za krzyki? – Jacek spojrzał spod ronda kapelusza i przypalił papierosa. – Stało się coś?

− Nic takiego, w ksero mamy martwego gliniarza, musimy nadać trochę przesyłek póki zawartość zbytnio nie zalatuje – Naczelny, gdy chciał, potrafił być uosobieniem wykwintnej uprzejmości. – No i Łasic cię szukała. Wyglądała na stęsknioną…

Zuz czknęła podejrzanie, w tym samym momencie drzwi rozwarły się szeroko i do łazienki wszedł Tomasz z aspirantem Gęsiną. Ściśle mówiąc, tylko Tomasz szedł, uginając się pod ciężarem zwłok pechowego policjanta. Pochylił się i zrzucił ciężar, ciało legło na plecach z głuchym łomotem. Jacek przyjrzał się truposzowi i ziewnął.

− No to mamy komplet.

− Mogłem zostać kaskaderem i dawać się strącać w przepaść w płonącym samochodzie – Faux roztaczał kolejne czarowne wizje. – Jeden, dwa dubelki i jechałbym spokojnie karetką na sygnale, a w szpitalu czekałoby mięciutkie łóżko, miałoby już na stałe tabliczkę z moim nazwiskiem, pielęgniarka pochyliłaby się nade mną, szepcząc…

− Jesteś, kurwa! – Łasic wpadła do rzeźni, znaczy łazienki redakcyjnej, z kopytem w dłoni i wypaliła do Jacka. Od huku zatrzęsły się ściany.

− Nie, one nie przeklinają – Faux mówił jakby do siebie. – Powiedziałaby, że specjalnie wzięła tę zmianę, bo ostatnio wypisali mnie zanim przeszliśmy do…

Jacek jednym palcem uniósł rondo kapelusza i zerknął na żółtą plamę zdobiącą mu marynarkę niczym ptasie łajno.

− Wygrałam! – Łasic w dwóch susach przeskoczyła ciała redaktorów, którzy na odgłos strzału padli na ziemię i rzuciła się w objęcia swojej ofiary.

− Jak zwykle… − Jacek dłuższą chwilę zajmował się sprawdzaniem, czy zielonooki roztrzepaniec ma wszystko na swoim miejscu. Narrator odwrócił na ten czas wzrok, więc akcja ma tutaj dziurę. Kolejną scenę zaczyna Naczelny:

− Boże, dom wariatów, za jakie grzechy?! Ludzie, za niedługo pojawi się tu policja, będą szukać swojego człowieka!

− Nie pojawi się – Jacek przerwał na chwilę witanie się ze wspólniczką i wskazał głową najświeższego denata. – Przyjrzyj mu się dokładnie, nie poznajesz?

− Hmm… − Piotrek studiował rozpłaszczone drzwiami rysy delikwenta. – A powinienem?

− To niejaki Lepik, podający się za doktora fizyki, który swego czasu uraczył nas plagiatem artykułu popularnonaukowego. Był w zmowie z wampirzycą, miał ją ubezpieczać, kiedy myszkowała po naszym archiwum. Spóźnił się niestety.

− Lepik, ten oszust?! – Naczelny wyglądał jakby zamierzał rzucić się z pięściami na trupa. Opanował się jednak i popatrzył dziwnie na Jacka. – A ty skąd wiesz…?

− Łasic miała go na oku. Tak na wszelki wypadek.

− Lepik? – Zuzanna schowała piersiówkę tam, gdzie chowa się piersiówki, by uzasadnić ich nazwę (to znaczy w redakcji chowa się je przed Naczelnym, a nie w związku z nazwą, ale ta przecież skądś się wzięła – narrator zaplątał się odrobinę).

− Lepik? – Tomasz śledził wzrokiem piersiówkę nawet wtedy, gdy zniknęła tam, gdzie znikają piersiówki.

− Lepik? – Stefan oderwał się od rękopisu, bynajmniej nie w celu śledzenia piersiówki. – Idiotyczne nazwisko, nawet w epizodach psuje nastrój.

− Ale skoro związałem się z tą bandą złoczyńców – Faux wyprostował się, wzruszył ramionami i wyjął ze ściany nóż Łasic – nie pozostało mi nic innego, jak się przystosować. Szefie, kto następny?

Naczelny traci grunt, Zuzanna dzieli się lekarstwem, a czas ucieka

11/24/2009

Problem wyglądał potężnie i to nie tylko dlatego, że był trupem. Był też członkiem redakcji, a ściślej mówiąc: była. Zarówno w sensie płci denata, jak i statusu.

− Zwalniasz czwartą osobę w tym roku… − Jacek wsadził sobie w usta papierosa i wyciągnął glocka. Lufę skierował niedbale w kierunku naczelnego. – I żadna nie opuściła redakcji o własnych siłach.

Naczelny zbladł i cofnął się o dwa kroki. Plecami zawadził o wysoki na cztery metry regał z czasopismami, przeciążone półki nie wytrzymały, runęły z potwornym rumorem, wzniecając tumany kurzu i grzebiąc szefa pod stertą papieru.

Tomasz ruszył w stronę żywego stosu makulatury, a Zuzanna w przeciwną. Jacek nacisnął spust, niebieski płomyczek zatańczył na końcu lufy, przytknął do niego papierosa i zaciągnął się głęboko.

− Kurwa, co za burdel! – Naczelny błyskawicznie odzyskał rezon. − Jacek, jeszcze raz mi wytniesz taki numer, będziesz sobie szukał roboty w cyrku! U nas nie ma miejsca…

− Przecież zakazałeś mi przynosić gnata do redakcji. Że niby robimy wrażenie jakiejś podejrzanej agencji, a nie poważnego pisma. To wziąłem zabawkę, bez tego czułbym się goły.

Zza regałów dobiegł podejrzany chichot Zuzanny.

− Pamiętacie, jak graliśmy w pokerka po drugim numerze? Cztery rozdania i Jacek był w samych szelkach, Tomek licytował gatki, tylko ja byłam ciągle w kreacji wieczorowej!

− Bo przyszłaś do redakcji ubrana jak na wyprawę do Arktyki. I to ty zaproponowałaś pokerka…

− Ale normalnego! – Zuzanna wyłoniła się z ukrycia i dyskretnie podsunęła Jackowi piersiówkę. − To Tomek wyskoczył, że skoro naczelny w delegacji, to szkoda sobie zawracać gitarę robotą. Ale pieniędzy też mu było szkoda… prawda, Tomeczku?

− Przypominam, że mamy trupa! – obiekt pomówień skończył otrzepywać naczelnego rozkładówką Playboya, przyjrzał się zdjęciu i dodał: − Z tym ciałem może być kłopot.

− Fakt… − Jacek odwrócił się i pociągnął z piersiówki. – Warunki ma, ale takie lale bywają kosztowne.

− Dom wariatów! Czyście pogłupieli już doszczętnie, nie mam w redakcji normalnych ludzi?! – głos Naczelnego zadudnił w pomieszczeniu. Ciągle siedział na podłodze wśród papierzysk. – Zdajecie sobie sprawę, że niedługo zaroi się tu od glin i wszyscy będziemy podejrzani?

− Ja mam alibi szefie – Zuzanna wyglądała na wcielenie niewinności. O ile wcielenia niewinności pochylają się nad uchem pracodawcy, zasłaniając dekoltem całe pole widzenia. – Wczoraj cały dzień wydzwaniałam, żeby załatwić ci pokój na Festiwalu Kryminału we Wrocławiu. – Pochyliła się jeszcze niżej i spytała szeptem: – Czemu nie chciałeś mieszkać w tym samym hotelu, co Jacek…?

− Cholera, ciszej. Żona zapowiedziała, że jak jeszcze raz wrócę z delegacji, a w walizce znajdzie stringi… Nie chciała jakoś uwierzyć, że on ma takie spaczone poczucie humoru i mi podrzucił.

− Ja poświadczę, jakby co – Zuzanna rzuciła scenicznym szeptem w stronę swojej, opróżnianej właśnie przez Jacka i Tomka, piersiówki.

− Niczego nie podrzucałem. – Właściciel glocka najwyraźniej odznaczał się doskonałym słuchem. – Pokojówki do dziś opowiadają sobie, że jak zespół Qfantu pojawił się w Krakowie, to nikt z gości oka nie zmrużył, a zabawa w chowanego w apartamencie prezydenckim…

− Ykhm…! – Naczelny zakaszlał i zerwał się z ziemi niczym fryga. – To nie ma nic do rzeczy, słuchajcie, mamy zwłoki!

− Świeże, zdaje się.

− Po czym to wnosisz? – spytał rzeczowo Tomasz.

− Po zapachu, a raczej jego braku.

Wszyscy równocześnie pociągnęli nosami.

− Stęchlizna, ale raczej nie fetor. – Tomasz skrzywił się i dla pewności potrząsnął piersiówką. – Dupa. Znaczy, chciałem powiedzieć, umarła dzisiaj.

− I jak przy poprzednich, znów brak wyraźnych śladów – Jacek kucnął nad ciałem i badał je metodycznie wzrokiem. – I nie zginęła tutaj. Spójrzcie na ułożenie ciała.

Ofiara leżała na wznak z rękoma splecionymi na brzuchu, w dłoniach trzymała resztki dopalonej świecy. Wielkie sople wosku zastygły na skórze, spływając kilkoma strumykami po ubraniu.

− Nikt nie kładzie się sam w taki sposób.

− Chyba, że wampir… – Zuzanna wzdrygnęła się i przywarła mocno do Naczelnego. – Zimno mi.

− Wampiry nie kładą się na e… spoczynek w redakcyjnym archiwum – zauważył rozsądnie Naczelny. – Jeśli już to w trumnie.

− Może zmęczona była po nocnych łowach i nie chciało się jej schodzić do piwnicy? – Tomasz lubił proste rozwiązania. – Tutaj też nie dochodzi światło słoneczne.

− Boże, z kim ja pracuję, za jakie grzechy?! Matko noc, uchlaliście się wszyscy? – Naczelny z niejakim trudem oswobodził się z objęć podwładnej i potoczył dookoła ciężkim wzrokiem. – Za pasem Qfantoeroticon, nowa szata magazynu, numer specjalny i kolejna edycja Horyzontów Wyobraźni. Jak policja zacznie nam tu węszyć…

− Pozamykają połowę redaktorów – dokończył obojętnym tonem Jacek. Zerknął przelotnie na Zuzannę. – I redaktorek. – Pstryknął glockiem, przypalając następnego papierosa. – I prędko nie wypuszczą, na każdego znajdzie się to i owo.

− Więc? – Naczelny przez dłuższą chwilę z uwagą studiował czubki swoich butów. Wreszcie podszedł do drzwi, wyjrzał na korytarz, potem przekręcił od środka klucz w zamku. – Co robimy?

Pisnęła komórka Zuzanny, wyjęła ją prędko i wcisnęła klawisz, nie patrząc na wyświetlacz. Jacek wypuścił kunsztowne kółko dymu, szary obwarzanek oddalał się powoli, tracąc kontury. Tomek zajrzał do piersiówki, westchnął i zakręcił ją starannie. Piotr zbliżył się do reszty towarzystwa, wszystkim zdawało się, że skrzypienie jego butów słychać w całej kamienicy.

− To co poprzednio…