Archiwum autora

Narrator się zmienia jak kameleon, dziura w szybie straszy ciemnością i głosem, a Naczelny ma myśl

12/10/2009

Ładne kfiadki – pomyślałam. Najpierw mnie tu wciągnęli, a teraz mam grać pierwsze szk… skrzypce, znaczy się. Muszę zajarać. Koniecznie!
– Jacek, poratuj – westchnęłam w chwilę po tym, jak zrezygnował na dobre z obma… znaczy się z obszukiwania mnie w celach sugerujących niczym nieuzasadnione rozbrojenie.

– Służę uprzejmie, Madame. – Zgrabnie wyłuskał papierosa z paczki, po czym jego druga ręka poszybowała w czeluście, tudzież zakamarki kieszeni spodni w poszukiwania zapalniczki Zippo. No, ewentualnie zanurzyła się tam, ale kto by tam wnikał w takie szczegóły. W każdym bądź razie pośpieszyła nieśpiesznie poszukiwać tej cholernej zapalniczki… Tak, właśnie że tak; irytował mnie, gdyż o ile papierosa wyłuskał zgrabnie, o tyle już z tą zapalniczką, ba!, z zapalniczką marki Zippo już się guzdrał!

Zaraz go zabiję – pomyślałam, po czym, jak zwykle, przesłałam mu promienny uśmiech. Chociaż, może nie promienny. To był raczej uśmiech z rodzaju „teraz ja się do ciebie uśmiecham, a potem ty powinieneś się uśmiechnąć do mnie”. Bo jak nie, to wiadomo – zabiję, albo i coś gorszego wymyślę. W końcu jednak poczęstował mnie i ogniem. I wszystko mu w tej jednej, jakże magicznej chwili wybaczyłam.

– Macie tu niezłą karuzelę – Powiedziałam w końcu coś byle powiedzieć po tym, jak się już sztachnęłam dymkiem.

-Książkową – dopowiedział Naczelny.

– Świąteczną – dopowiedziała Zuzanna.

– I kilka trupów – nie omieszkał dopowiedzieć Tomasz, który zdawał się dopiero teraz zauważyć, że to nie przeznaczenie przyparło go przed momentem do podłogi, a zwykła sterta.

– A ja mam nóż! – wystrzelił Faux niczym filip z konopi, wcale nie indyjskich. Młodzieniec nasz miał taką minę, jakby właśnie rozpoczynał poszukiwania swej pierwszej ofiary.

– Jesteś niepełnoletni – zauważyłam.

– No właśnie, Ła. Jestem niepełnoletni. Konkretnie niepełnoletni!

Zważywszy na sytuację, a szczególnie na to, że sytuacja ta stanęła w martwym punkcie, gdyż ktoś wystraszył narratora i w związku z tym fabuła również stanęła w martwym punkcie, że o martwym gliniarzu nie wspomnę, skupiłam się na tym, co zamierzał uczynić Naczelny, który właśnie – krok za krokiem, bezszelestnie, milimetr po milimetrze począł się zbliżać do szyby okiennej, a właściwie do tej jej części, która zmieniła się w sporawą dziurę.

– Ciekawym, któż to raczył do mnie dzwonić tuż przed tym, jak posłałem mojego Samsunga w roli rykoszetu na bruk… – zamruczał pod nosem i nieśmiało wyjrzał na zewnątrz. A tam była ciemność. Straaaszna ciemność. Wiecie. Jak to w horrorach, bez ciemności ani rusz.

– Ciekawyś? – zapytał Jacek.

– Jużem ci ja wiem – rzucił Stefan. – A jeśliż to wampirzyca była? Z zaświatów wieczystych? Klątwa jakowaś…

– Wypluj waść tę myśl ohydną! – Piotr, jako przystało jeno naczelnemu, ryknął na Stefana z taką siłą wszechogarniającą, że aż się coś w ciemnościach poruszyło.

Poruszyło się, odkaszlnęło i odpowiedziało ze wschodnim akcentem bezimiennego kloszarda: – A, no dzięki ci panie za komórę. Niech ci bozia w dzieciach wynagrodzi, albo i co gorszego. W każdym razie Bóg zapłać, łyknę za twoje zdrówko, panie…

Faux nie od razu wystartował, bo i ani nie słyszał tej litanii do Naczelnego, ani nie odczytał w pierwszej chwili jak się należy jego wyrazu twarzy. Dopiero gdy Piotr zawarczał przez zęby „mój Play za zeta!”, dopiero wtedy ruszył z impetem Taliba w kierunku drzwi.

– Ale karuzela! – powiedział ktoś (sorry, ale nie dosłyszałam, kto), a ktoś inny westchnął.

– Raczej popierdółka – dodał Tomasz.

– Nie demonizowałbym – Naczelny, spokojny ponad stan, zaczął do kupy zbierać karuzelowe książki. – Znam Jarka nie od dziś i jestem przekonany, że wymyśli coś rozsądnego.

– Ta! – rzucił sarkastycznie Tomasz. – Nie zdziwiłbym się, gdyby za chwilę przyniósł skalp tego tam – wskazał ruchem głowy tego tam za oknem, tego z ciemności.

– Skupmy się raczej na paczkach – kontynuował niezrażony Naczelny. Zdążył ułożyć karuzelowe książki w co najmniej trzy kupki, albo jak kto woli stosiki (stosy! Łasico, na Zeusa – to przecież były stosy książek! I co z tego, że średniowieczne, inkwizycyjne i karuzelowo-świąteczne? Iwentowo były to stosy całe, o czym raczyłaś zapomnieć!) – Trzeba się zabrać za rozsyłanie.

– Jasne – nie dawał za wygraną Tomasz. – Trza się wziąć za rozsyłanie… Ręka, noga, mózg na ścianie! A jak paczki, nie te co trzeba zresztą, pójdą do konkursowiczów?!

– Fiu, fiu! – Jacek pstryknął palcem w kapelusz (właściwie, po kiego grzyba on ciągle chadza w tym kapeluszu?) i poczęstował mnie następnym papierosem. – Śmierdząca sprawa.

– Widzę, że kompletnie się wam pokierały kierunki fabuły – stwierdziłam i ryknęłam śmiechem tak głośnym, że aż coś się poruszyło w ciemnościach za oknem.

Poruszyło się, odkaszlnęło i odezwało się, tym razem ze wschodnioniemieckim akcentem: – Ten wosz bajtel, ciulik jeden, jest do odebrania za co najmniej kolejnego Samsunga. Czekam doner wetter do świtu i albo mi wypłacicie, najlepiej w półlitrówkach, albo pogadomy inaczej. A finka, nie powiem, fajna jest. Będeh miał jak znalazł do odkapslowywania winowych kapslów.

– Kapsli! – poprawiłam bezwiednie kloszarda. – Mówi się kapsli, dziadku!

I w tym momencie zgłupiałam, jak to się mówi, do reszty. No bo kto to słyszał, żeby się w powieści jakiś mało istotny kloszard znalazł. Mało tego; kto to słyszał, żeby się poruszał w ciemnościach tenże nieciekawy kloszard, co rusz odkasływał i jeszcze przeistaczał się w kidnapera. Ja rozumiem Imię Róży Umberto Eco, że zapętlenie fabuły, że jakieś filozoficzne dyrdymały, ale żeby naszego niepełnoletniego członka redakcji porywał jakiś anonimowy zza szyby?! Ba, żeby zza szyby, to pół biedy. Ten nasz anonimowy był zza dziury w szybie…

******

Dobra, kochani. Dosyć tego dobrego – to wcale nie było tak, jak usiłuje wam opisać Łasica. Z mojej perspektywy cała ta sytuacja wyglądała inaczej, ale szanowne zgromadzenie redakcyjne, które z takich a nie innych powodów raczyło się szanownie zgromadzić w naszej rzeźni… znaczy się, w łazience, nie miało zielonego pojęcia, że swego czasu ćwiczyłem z Fauxem neurolingwistyczne programowanie. Okej, dobra – przyznaję, popełniłem błąd. Nie spodziewałem się, że chłopak zareaguje na moje słowa tak, jak zareagował. Dobrze, że nie wyskoczył przez okno… W każdym bądź razie mieliśmy z Fauxem co nieco ukartowane, lecz nie spodziewaliśmy się, że tamten bezdomny jest naszpikowany mikrofonami, kamerami, noktowizorami i temu podobnymi gadżetami jak świąteczna choinka świątecznymi bombkami. Cholera, mogliśmy się pokapować. Facio miał tak nieudolny mejk ap, jak mu zanieśliśmy wreszcie te półlitrówki, że każdy przeciętny filmowiec by się zorientował, że wysmarowana twarz kloszarda, to pół pojemniczka pomadki (chyba tak to się nazywa), która zwykle udaje opaleniznę. Ale było ciemno i zimno jak w psiarni, więc nie zwracaliśmy uwagi na gębę tamtego, tylko patrzyliśmy jak jeden mąż na Fauxa, czy aby tamten go nie wykorzystał również i w inny, niewłaściwy sposób. Wiecie – zły dotyk i takie tam historie rodem ze Szwajcarii Polańskiego.

– Faux – odezwałem się, stawiając we wskazanym miejscu chodnika cztery półlitrówki – czy aby ten… czy on cię aby nie wykorzystał jakoś inaczej? Wiesz, zły dotyk i tego typu historie?

– Nie, szefie – odpowiedział młodzieniec, tym razem normalnym głosem. – Zmusił mnie jedynie, żebym mu wszystko wyśpiewał.

– I uwierzył? – Zuzanna, zrozumiawszy z kim mieliśmy do czynienia, że przy nim agent Tomek to płotka, wzięła się pod boki i poczęła jednostajnie kręcić głową na boki, a po sekundzie, chcąc zapewne zaakcentować swe niedowierzanie, po raz kolejny wzięła się pod boki.

I wtedy właśnie zaświtała mi w głowie myśl – niczym błyskawica z jasnego nieba – że czy by uwierzył, czy też nie, co było bardziej prawdopodobne, jego los był już zasadniczo przesądzony.

Reklamy

O irracjonalności, która nie służy, bo służyć nie może śledztwu, które się dopiero rozpocznie.

11/29/2009

„Kochani”, jak jeden mąż, znieruchomieli w pozach, które świadczyć mogły jedynie o panicznym strachu, podszytym na dodatek trupią atmosferą ciszy, przez którą jedynie gdzieniegdzie, jedynie od czasu do czasu przebijało się upierdliwe pobzykiwanie jakiejś muchy, czy jakiegoś innego pobzykującego paskudztwa, gotowego złożyć jaja, albo nawet inne, nie mniej ohydne paskudztwo pod skórą drętwiejącej denatki. Darda ponownie rzucił okiem na członki nieboszczki, po czym z trudem przeniósł go na członków redakcji Qfantu, którzy z każdą kolejną sekundą oczekiwali na pierwszą, niekoniecznie zdrową reakcję niespodziewanego gościa.

– Nie żyje? – zapytał w końcu zaprzyjaźniony debiutant ściszonym, ołowianym głosem.

– Ano, nie żyje – odpowiedział zdawkowo naczelny, po czym, nabrawszy w płuca konkretną porcję powietrza, oskarżycielskim tonem dodał: – Z twoją świecą w garści, Stef. Ona nie żyje z twoją świecą… Możesz nam to wyjaśnić?

Dopiero po tej uwadze Stefan Darda dostrzegł na wpół zakrzepły wosk, który zdawał się jeszcze spływać z dłoni, dzierżącej w śmiertelnym uścisku wysoką na trzy cale, solidnie wypaloną gromnicę. Dodajmy – gromnicę, przy której świetle Stefan Darda, jak głosi legenda, pisuje wieczorami.

– Jak to…? – pisarz zaczął się jąkać. – Przecież… nie rozumiem. Owszem, przyszła do mnie wczoraj, tak do końca nie wiem po co, ale że była na dodatek kleptomanką, tego bym się po niej nie spodziewał.

– A więc poznajesz gromnicę – zaatakował Tomasz.

– Stary! – odgryzł się jak potrafił debiutant. – Ze świeczką, czy bez, zdaje się, że ona poległa u was, w redakcji!

– Z twoją świeczką, Stefan – wyrzucił Tomasz, przywołując na twarz cwaniacki uśmieszek. – Poza tym nasza redakcyjna koleżanka…

– Nasza była redakcyjna koleżanka – wtrącił naczelny.

– Owszem, była koleżanka, Piotrze. Tak, czy siak, bidulka dzwoniła do mnie wczoraj skoro świt i zapewniała mnie, że jakimś sposobem wyciągnie od Dardy, ile trupów ten umieści w swojej kolejnej powieści. Po kilku godzinach zadzwoniła po raz kolejny i oznajmiła mi, że doliczyła się trzech i że do dokończenia drugiej książki Stefana potrzebny jest mu ponoć jeszcze jeden truposz. Najlepiej wampir.

– Wampirzyca – rzucił Jarek.

– Co? – Darda posłał młodzieńcowi zdziwione spojrzenie. – Skąd niby o tym wiesz?

– No, wampirzyca – Jarek wykonał gest jak do przyjęcia jałmużny. Albo jakby sugerował dłonią, że rozwiązanie jest banalnie proste, na wyciągnięcie ręki. – Przecież leży tutaj ze świeczką w łapie. To znaczy, być może w wampirzej łapie. Jeśli tak mogę się wyrazić…

Zuzanna, która do tej pory pozostawała w nieruchomej pozie wystraszonej do granic możliwości kurtyzany, ruszyła na drewnianych nogach przed siebie i, obserwując bacznie po raz kolejny ciało, zrobiła okrążenie po orbicie rigor mortis.

– Słuchajcie – odezwała się tonem nie akceptującym choćby cienia sprzeciwu. – To wszystko nie trzyma się ni kupy, ni dupy. Mamy trupa wprost z szafy i trzy dodatkowe…

– Stop, Zuza! – przerwał jej naczelny. – Darda nie wie, że… No, on nie wie i nie może się dowiedzieć o tamtych.

– I tak się dowie – Zuzanna odpowiedziała bez namysłu. – Dowie się o trupach zamurowanych w piwnicy Baśki. Prędzej, czy później.

– Jak to?! – wykrzyknął Darda. – Przecież te truposze w posadzce piwnicy, to miały ujrzeć światło dzienne dopiero w dniu premiery mojej kolejnej książki!

– A nie mówiłam? – Zuzanna wykonała miniaturę gestu samozadowolenia premiera Marcinkiewicza. – Coś tu jest konkretnie nie tak. Słuchajcie; jak by na zagadnienie nie patrzeć, jesteśmy w tę sprawę zamieszani po równo. To po pierwsze. Po drugie, za diabła nie mam pojęcia, jak możemy z tego błotka wybrnąć.

– Łukasza Błotka w to nie mieszaj – rzucił płaczliwym tonem naczelny. – Wszyscy wiemy, że ten facet, jak już go wywaliłem z hukiem z redakcji, poleciał sobie jak gdyby nigdy nic do Brazylii i tam najnormalniej w świecie kopyrtnął, bo się na lotnisku poślizgnął na skórce od banana. Poleciał do tyłu, rozległe pęknięcia czaszki i takie tam.

– Nie to miałam na myśli – Zuza zmierzyła naczelnego karcącym wzrokiem. – Tak wygląda wersja oficjalna, wiem. Chodzi mi raczej o to, że coś tu jest konkretne nie tak. A jak ja mówię, że coś tu jest konkretnie nie tak, to znaczy, że coś konkretnie nie tak jest na poważnie.

– No, jak ty mówisz, to to znaczy, że musi być… znaczy się, chciałem powiedzieć, że… eee – Jarek kompletnie się zaplątał i zawiesił na amen.

– Zuza sugeruje, że jesteśmy w powieści – zasugerował Stefan.

– Obawiam się, że nawet w twojej – zasugerowała z przekonaniem Zuza.

– Sugerujesz, że to wszystko – Tomek wskazał stertę książek z konkretnie rozkładającymi się na nich zwłokami – jest jedynie fabułą jakiegoś kryminału?

Zuzanna potrząsnęła głową.

– Niekoniecznie. Wydaje mi się raczej, że nas poniosło. Chcieliśmy stworzyć magazyn fantastyczno-kryminalny, a zrobił nam się z tego pomysłu jakimś cudem fantastyczny składzik na trupy wyskakujące z szafy.

– Fakt – do rozmowy niespodziewanie włączył się Jacek, który – na skutek niespójności fabuły – był sobie gdzieś zniknął na jakiś czas. – Zauważyliście może, że nie było mnie przez jakiś czas? Że nawet Piotr podejrzewał mnie przez ten czas, że zakapowałem was do glin? Niespójność fabuły, moi drodzy, o czym zapewne nie omieszkał wspomnieć narrator. Albo uczestniczymy w jakiejś zbiorowej halucynacji, albo siedzimy we łbie jednego z nas i jakoś staramy się racjonalizować te zabójstwa. – Jacek wyciągnął glocka-zapalniczkę i po kolei począł celować nią w każdą osobę z pytającym wyrazem twarzy, po czym przypalił papierosa, nie zważając na fakt, że to może go kiedyś zabić jak mają w zwyczaju głosić te górnolotne, czarne hasełka na paczkach.

– Ale zaraz! – podjął Darda i począł spacerować w te i we w te po pokoju. – Moja najnowsza powieść jest napisana właśnie do tego momentu. To znaczy, do momentu ukatrupienia wampirzycy, którego jeszcze fabularnie nie dokonałem.

– Stefan, to w tej chwili w zasadzie jest nieistotne – kontynuował Jacek. – Mamy do czynienia z jakimś rodzajem projekcji. Jeden z nas raczej na pewno jest mordercą i teraz usilnie stara się zracjonalizować sobie te zbrodnie, zwalając winę na wszystkich. Kłopot polega na tym, że wszyscy, przynajmniej po części, jesteśmy pisarzami. Piszemy scenariusz dla seryjnego mordercy, który posługuje się w tej chwili naszymi osobowościami.

– I który jest irracjonalny? – Zuzanna omiotła wzrokiem całe towarzystwo.

– Tak – odpowiedział jej Jacek. – Zarówno scenariusz wydaje się być irracjonalny, jak i seryjny morderca, a przynajmniej jego postępowanie.

– Cholercia! – wtrącił Jarek. Trząsł się przy tym jak galaretka truskawkowa z nienormatywnym dodatkiem polepszaczy E273 i E 327. – Jak myślę o tym ćwiartowaniu zwłok z użyciem piłki i qfantowych smyczy, to zaczynam w to wszystko wierzyć!

– Apropos – naczelny, po uprzednim wymierzeniu sobie kilku solidnych policzków, odezwał się piskliwym głosem – czy w związku z powyższym jest sens ćwiartować naszą byłą koleżankę?

– Nie wierzę – Stefan Darda uśmiechnął się nieznacznie. – Naprawdę zamierzaliście ją poćwiartować? I zapewne wysłać pocztą w odległe zakątki świata. Czyli dokładnie w taki sposób, jaki miałem zamiar zastosować w dalszej części powieści.

– No, Baśka na pewno się nie pogniewa – odrzekł naczelny.

– Dobra, w takim razie tachamy ją do łazienki – zawyrokowała Zuzanna. – Jarek i Jacek za nogi, a Stefan i Tomek za rączki. I proszę ciągnąć, solidnie ciągnąć.

– A ja? – Piotr zdawał się poczuwać niedopieszczony.

– No, przecież wspomniałeś, że nie możesz dźwigać. No i o piłce do metalu wspominałeś, że ją kupisz – Zuzanna posłała naczelnemu teatralny uśmieszek.

– Okey, to ja w takim razie pobiegnę – oznajmił naczelny, zapewne w obawie, że mógłby się spóźnić na ceremonię ćwiartowania.

– Jasne, pośpiesz się – Jacek odpalił kolejnego papierosa marki Gitanes.

– Jasne, pośpiesz się – zawtórował mu Tomek. – Betonowanie już mi zbrzydło.

– Jasne, jasne – dodała Zuzanna. – Musisz się pośpieszyć, bo się nam jeszcze wampirzyca raczy obudzić.

– Jak to… obudzić? – Piotr o mało nie rozbił się o drzwi wejściowe do redakcji.

– A no, tak to, Piotrze. W końcu mamy do czynienia z wampirzycą. Mało to krwi nam napsuła? Ach, no i jakiś osikowy kołek chyba by się przydał. Pośpiesz się bo się ściemnia.