O leniwych nocnych autobusach…

by

Kierowca nie zatrzymał się na przystanku, zerknął tylko w lusterku na prawie puste wnętrze pojazdu i jechał dalej. Zdezorientowany mężczyzna w ciemnej marynarce zrobił ruch, jakby chciał zerwać się z siedzenia, lecz uświadomił sobie nagle, że nocne autobusy stają tylko na żądanie. Zignorował następny przystanek, potem wdusił przycisk z napisem STOP. Pojazd zwolnił, wjechał kawałek w małą zatoczkę, drzwi drgnęły odrobinę, mężczyzna stuknął w nie otwartą dłonią, jedno skrzydło odskoczyło z trzaskiem. Stał jeszcze chwilę na chodniku, potem ruszył w przeciwną stronę, niż oddalający się autobus.
Latarnie dawały akurat tyle blasku, żeby nie potknąć się na jakiejś wyszczerbionej płycie chodnikowej, uśpione przedmieście pachniało niewywiezionymi śmieciami i stygnącym po upalnym dniu asfaltem. Szedł spokojnym krokiem, wsłuchując się w odgłosy nocy. Znał doskonale okolicę, mógł iść na skróty między nietypowymi trzypiętrowymi blokami, których szare tynki i brak balkonów nasuwały myśl, że architekt pierwotnie zaprojektował wojskowe koszary albo budynki więzienne i potem zabrakło mu inwencji, gdy zmieniono plany zagospodarowania terenu. Trzymał się jednak chodnika, gotów zniknąć w ciemnych zaułkach na widok spóźnionego przechodnia. Miał sporo czasu, minęła ledwie północ.
Obszerny plac przycupnięty w anonimowej miejskiej sypialni, ogrodzono ostro zakończonymi metalowymi prętami. Rosnące wewnątrz wiekowe tuje stykały się gałęziami, tworząc nieprzeniknioną dla wzroku barierę. Mijając szeroką bramę z łańcuchem i kłódką, zobaczył budynek wyglądający jak stary przedwojenny dworek. Wysokie podwójne okna na parterze zaopatrzono w kraty, dookoła domu biegła wydeptana w trawie koślawa ścieżka, żarówka bez klosza oświetlała słabo niewielki ganek z dwiema prostymi kolumnami. Nad drzwiami widniała wielka tablica z napisem – QFANT. Czarne litery odznaczały się złowieszczo na tle łypiącego mrocznymi oczodołami domostwa.
Zwolnił trochę, spoglądając w głąb pustej ulicy i skręcił błyskawicznie, znikając za gęstymi krzakami. Ostrożnie przedzierał się wzdłuż ogrodzenia, by dotrzeć na tyły posesji. Dotknął małej latarki w kieszeni spodni, ale jej nie wyjmował. Plama rozgwieżdżonego nieba między iglakami podpowiedziała mu, że dotarł do właściwego miejsca. Jedna z tuj nie przetrzymała mroźnej zimy, dozorca wykopał ją parę lat temu, lecz nie wsadził nowej. Mężczyzna założył cienkie skórzane rękawiczki, sięgnął ręką między prętami i natychmiast wymacał niezbyt szeroką deskę lekko przysypaną opadłymi gałązkami iglaków. Wyciągnął ją i oparł pod niewielkim kątem na ogrodzeniu. Stanął na niskim murku z cegieł, chwycił się poziomego pręta przyspawanego do szczytu pozostałych i podciągnął się na tyle, by umieścić czubek stopy na końcu deski. Teraz wystarczyło wyprostować nogę, ostrożnie przełożyć drugą nad ostrymi szpikulcami i powtórzyć wszystko w odwrotnej kolejności. Był w środku.
Przykucnął i długo obserwował teren. Nie przewidywał niespodzianek, ale gotów był zrezygnować przy najmniejszych sygnałach, że cokolwiek jest nie w porządku. Najwyżej wróci jutro lub choćby za miesiąc. Bo nie zamierzał ryzykować niepowodzenia.
Minęła pierwsza w nocy.
Obszedł cicho dworek i wyjrzał na dziedziniec, w całym domu panowały ciemności. Cofnął się na tyły posesji. Obok małego okienka piwnicznego tuż nad ziemią stał plastikowy pojemnik po margarynie z resztkami mleka. Otwierane na zewnątrz okienko było uchylone na tyle, by szczeliną mógł się przecisnąć kot. Zdjął drut przytrzymujący ramę, tyłem wczołgał się do ciasnego otworu, wymacał nogą występ w ścianie, następnie umieścił okienko w poprzedniej pozycji. Błysnął latarką i zeskoczył na betonową podłogę, czarne sportowe buty na gumowej podeszwie stłumiły odgłos. Omiótł żółtym kręgiem światła niskie pomieszczenie. Pod ścianą leżały stosy makulatury, obok stało kilka prostych trumien. Pachniały jeszcze bejcą i pokostem. Podszedł do drzwi z nieheblowanych desek zaopatrzonych w prosty zamek i nacisnął klamkę. Nie ustąpiły, ale niczego innego się nie spodziewał. Z wewnętrznej kieszeni wyjął krótki wytrych z tak wygiętą końcówką, że przypominał miniaturowy kij hokejowy. Ciche manipulacje nie trwały minuty, język zasuwy cofnął się z delikatnym chrobotem.
Korytarz z półkoliście ukształtowanym stropem z jednej strony rozszerzał się, ukazując kilkoro podobnych drzwi, dalej zakręcał w prawo. Promień latarki wymacał wąskie, strome schody wyszlifowane milionami kroków. Chłodne piwniczne powietrze zalatywało stęchlizną, głębokie szczeliny między cegłami pełne były starych pajęczyn. Mężczyzna wchodził powoli, wsłuchany w dzwoniącą w uszach ciszę, odruchowo pochylając głowę i kuląc ramiona.
Nienawidził pająków.
U szczytu schodów znajdowały się kolejne drzwi, tym razem bez zamka. Zamknął je cicho za sobą i odczekał dłuższą chwilę. W holu stał pusty wieszak, otwarta szafka z rzędami butów i kilka prostych stolików z jakimiś drobiazgami. Stary dom wydawał senne odgłosy, zdawał się żyć i reagować na jego obecność. Na piętrze coś zaskrzypiało, ledwie słyszalny chrobot z nieokreślonego kierunku mógł równie dobrze być dziełem kota, co szczura kryjącego się przed nocnym łowcą. Zdawało mu się, że słyszy stłumione chrapanie, gdy mijał kuchnię, lodówka włączyła się z wibrującym rzężeniem, które zaraz przemieniło się w konspiracyjne buczenie. Nieokreślonego koloru wykładzina i gumowe podeszwy głuszyły odgłos kroków. Przeszedł obok pokoju z tabliczką „P.M. Red. Nacz. – przyjęcia tylko umówionych interesantów 13 maja w godz. 12.00 – 12.15 co drugi rok przestępny”. Dioda wykrywacza metali we framudze błyskała zielonym ognikiem. Zatrzymał się przed pokojem z połyskującą srebrzyście wypukłą gwiazdką.
Dotknął klamki…
Na piętrze rozległ się jękliwy dźwięk, jakby sprężyny łóżka wracały do naturalnej pozycji. Zgasił latarkę i skrył się we wnętrzu kuchni. Usłyszał skrzypienie schodów i… cisza. Uniósł ręce, było tak ciemno, że nie widział własnych dłoni w czarnych rękawiczkach. Nagle na tle boazerii przesunęła się ciemniejsza plama, po paru sekundach odemknęła się lodówka, w padającym ze środka blasku ujrzał kobiecą postać. Sięgnęła po kartonik soku, piła powoli, celebrując czynność. Stała tak zmyślona, z głową skierowaną w stronę okna, zasłuchana w noc. Była kompletnie naga, lecz w jakiś przedziwny sposób wyglądało to naturalnie. Może dlatego, że niczego nie ukrywała. Jak pozująca malarzowi muza, której obraz zastyga w czasie pod pędzlem artysty. Zamarł z uniesionymi rękoma, zadawało mu się, że dźwięk naprężającej się skóry rękawiczek musi zdradzić jego obecność. Światło zgasło z cichym plaśnięciem, zjawa przepłynęła obok.
Wypuścił powoli powietrze. Przez chwilę rozważał pomysł zapalenia papierosa, ale uznał, że wyczerpał już limit szczęścia na tę noc − zapach dymu zaalarmuje każdego, kto poczuje chęć udania się do toalety. Nie włączał latarki, trwał w bezruchu, starając się równo oddychać. Lodówka ponownie zaczęła pracę, odczekał póki agregat nie ucichnie.
Klamkę drzwi z wypukłą srebrną gwiazdką naciskał ostrożnie, milimetr po milimetrze, niczym saper rozbrajający nieznanej konstrukcji bombę. Bez efektu. Stłumił uczucie rozczarowania – widać naprawdę wyczerpał już limit szczęścia – i poświecił w otwór zamka. Klucz tkwił z drugiej strony. Sprawdził palcem, że dolna krawędź drzwi nie dochodzi do podłogi, szczelina miała kilka milimetrów wysokości. Wystarczy. Wyciągnął z kieszeni złożoną płachtę gazety, rozprostował i wsunął do pokoju na tyle, by kawałek został na zewnątrz. Szczypcami z długimi, cienkimi końcówkami, spiłowanymi jeszcze dodatkowo, chwycił przez dziurkę dostępny fragment klucza i przekręcił w prawo. Ćwierć obrotu poszło bez oporu, lecz na tym koniec. Uchwyt narzędzia był zbyt słaby, a mechanizm zamka wymagał użycia sporej siły. Cofnął odrobinę szczypce, zetknął końcówki i wypchnął delikatnie klucz z dziurki. Stuknięcie o podłogę zamortyzowała trochę pognieciona gazeta, miał nadzieję, że nie odbił się poza rozpostartą płachtę. Zaczął wyciągać brukowca, upragniony kawałek metalu leżał przy samej górnej krawędzi. Zwinął starannie gazetę i schował do kieszeni.
Przekręcił klucz. Wyłączył latarkę. Nie ruszał się przez minutę, potem delikatnie otworzył drzwi, wszedł i zamknął je cicho. Księżyc w pełni zaglądał przez okno, poczekał aż wzrok przywyknie do słabej poświaty. Z ciemności powoli zaczęły wyłaniać się kontury mebli…
Dotyk zimnego metalu na szyi nie pozostawiał wątpliwości. I słowa:
– Rusz się, a twój mózg będą zeskrobywać ze ściany! – Mała dłoń wślizgnęła się wężowym ruchem pod marynarkę i wyciągnęła pistolet. –Wyglądasz na zawodowca, a tacy liczą się z porażką. Wiesz, co się teraz stanie, prawda?
– Wiem. – Pomyślał o nożu schowanym pod nogawką nad lewą kostką. Ale tylko pomyślał. Nie miał szans. – Zrób to szybko…
Postać cofnęła się o krok, przekręciła klucz w zamku i stanęła na tle okna. Księżycowa poświata obrysowała smukłą sylwetkę w utkanej z jedwabnej pajęczyny nocnej koszuli. Pistolet stuknął o podłogę.
– Tylko nie właź mi do łóżka w kapeluszu…

c. d. n. n. (ciąg dalszy nie nastąpi, gdyż narrator, ma co innego do roboty, niż opowiadanie oczywistości, a także pokłada niezachwianą, póki co, wiarę w wyobraźnię czytelników)

Reklamy

Tagi:

Komentarze 2 to “O leniwych nocnych autobusach…”

  1. l_j Says:

    Potem włamywacz uciekł? Powiedzcie, że uciekł…
    ;p

  2. Yuhime Says:

    Na pewno uciekł! Bo baba, która zaciąga faceta włamującego się jej do domu to na pewno ma nie równo pod sufitem, nie ma wszystkich w domu albo jest psychopatką i modliszką, albo wampirem! O na pewno jest wampirem! To teraz takie modne. A więc włamywacz, człowiek rozsądny, na pewno zwieje!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s


%d blogerów lubi to: